czwartek, 27 lipca 2017

O jednych, co mają serce i o drugich, co nie mają litości

Trochę się wahałam, o czym warto napisać, bo ilość tematów często tak mnie rozproszy, że rezygnuję z napisania w ogóle. Spróbuję trzymać się tematu, może dwóch, a jak przejdę do trzeciego, to chyba napiszę kolejny post…

Brałam ostatnio udział w koncercie charytatywnym na rzecz hospicjum dla dzieci nieuleczalnie chorych. Do ostatniej chwili nie wiedziałam, czy zdążę, bo wyprawiałam córkę na obóz tego samego dnia. Zdążyłam ze wszystkim. Koncert przygotował syn mojej koleżanki. Utalentowany młody człowiek, który od najmłodszych lat tańczył w lokalnym zespole ludowym, a teraz reprezentuje ludowy zespół w stolicy. Celem nadrzędnym takiego przedsięwzięcia jest zbiórka funduszy na szczytny cel. Sztuka dzieje się przy okazji, a czasami jakby jej nie było. Liczą się chęci. Przybyli płacą wstęp, klaszczą i wychodzą, a jeśli nawet jakość występu daleka jest od interesującego, to każdy uznaje, że liczy się cel – i po sprawie.

Tymczasem koncert był piękny, profesjonalny, dopracowany. Zaangażowanie widać było na każdej płaszczyźnie, a artyści, którzy zdecydowali się wystąpić zadbali o nastrój i wrażenia duchowe. Wiadomo było, że tematem przewodnim jest miłość – no bo cóż innego mogłoby zjednoczyć ludzi w takim celu. Ryczałam jak bóbr, kiedy solista ruszył na scenę z pierwszą piosenką. Córka spojrzała na mnie, złapała za rękę i długo jej nie wypuszczała. Nie każda piosenka rozckliwiała, niektóre były zabawne. O aranżację i akompaniament zadbał młody zdolny pianista i przyznać muszę – wyszło mu to doskonale. Stwierdzam, że mój dzień nabrał kolorytu dzięki udziałowi w czymś tak pozytywnym i pięknym jednocześnie. Mam nadzieję, że udało się zebrać przynajmniej część potrzebnych środków.



Tutaj więcej na temat hospicjum: http://swietlikowo.pl/

***
Dwa dni później wybrałam się z mężem do kina. Lubimy czasem przeorganizować sobie dzień. Nie gnać do domu, zjeść coś „na mieście” – skorzystać z tego, że możemy pobyć sami. Dokonałam wyboru repertuaru i już w trzeciej minucie miałam ochotę strzelić sobie w łeb. Nie wiem, czego się spodziewałam po filmie o wdzięcznym tytule „Paryż może poczekać”? Lekkiej komedii, ciekawych dialogów, dobrej muzyki? Na pewno liczyłam na przyjemnie spędzony czas. W końcu lato jest! Kiedy w owej trzeciej minucie spojrzałam na męża, a on na mnie - słowa nie były potrzebne. Zażenowanie, rozczarowanie, niesmak. Dawno nie oglądałam takiego gniota. Film traktował o ludziach po pięćdziesiątce, miał pokazać jak kobieta, która czuje się w małżeństwie nieszczególnie ważna, przeżywa podróż do Paryża w towarzystwie kolegi męża i jaki to ma wpływ na jej życie. Mierne dialogi, niezrozumiałe posunięcia głównej bohaterki, kompletnie niedzisiejsze podejście do pieniędzy - bez względu na to, ile ich się ma. Film nudny, bez pomysłu, bez cienia poczucia humoru, brak akcji, brak... litości dla widza. Zdecydowanie najbardziej ucieszył nas fakt, że bilety mieliśmy darmowe.


Wniosek? Życie niesie ze sobą wiele niespodzianek. Można powiedzieć, że oba opisane wyżej wydarzenia były nastawione na zysk. W pierwsze włożono serce, w drugie reklamę. I jeszcze A. Baldwina na przynętę. Obiecałam sobie, że będę ostrzegać przed niepotrzebnym wydawaniem pieniędzy oraz marnowaniem czasu na nijakie atrakcje, jeśli dam się w takie wmanewrować. Oby jak najrzadziej. Całą publikę z tego dramatycznego seansu chętnie przesadziłabym na wspomniany koncert charytatywny i myślę, że byłaby mi wdzięczna za ucztę dla ducha, a wolontariusze za dodatkowy datek na konkretny cel.


PS. W tym „wspaniałym” filmie pada pytanie, którego „nikt dotąd w filmie nie zadał” – jaki był najszczęśliwszy dzień w twoim życiu? I tak pomyślałam, że żeby nie całkiem poszedł na marne ten nasz wtorkowy seans – o tym napiszę kolejnego posta. 

czwartek, 13 lipca 2017

Poprzez doświadczenie

Zaskakując samą siebie – jestem z powrotem. Wiele znaków wskazywało, że tak się nie stanie. Po pierwsze, przestałam odczuwać potrzebę pisania, a ilość wkurzających sytuacji wokół skutecznie zabrała mi czas i ochotę na nie. Po drugie, celem kontroli rodzicielskiej (jestem mamą nastolatki), założyłam sobie profil na pewnym wszechwiedzącym portalu społecznościowym i wpadłam jak ta śliwka. 

Otworzyły się przede mną nieprzebrane ilości cennych rad i mądrości życiowych, najprostszych przepisów kulinarnych, porad w co wierzyć, a w co nie, kto jest dobry, a kto zwykły cham oraz zdjęć z każdej sytuacji życiowej bliższych i dalszych znajomych. Wszyscy tam skaczą i pływają, biegają, maszerują, robią pompki, jeżdżą na rowerze oraz zwiedzają, przeprowadzając niemal równolegle szczegółową fotodokumentację. No szok! Nie, nie starałam się nikomu dorównać. Tak, sprawdzałam, jak się tam istnieje i co to znaczy. Ale straciłam już wyjątkowo dużo czasu lajkując i uśmiechając się to tu to tam i czytając tonę wiadomości, które wielu powiela jako te jedyne prawdziwe. I w końcu przyszedł urlop.

Urlop był wytęskniony. Pachniał lawendą i szumiał morzem i grał cykadami. Smakował winem, kozim serem, a także o zgrozo szpinakiem! ; ) Był leniwy, uśmiechnięty, z książką na leżaku, z najbliższymi – taki co to nie wymaga naginania się do czyichś potrzeb i wyobrażeń. Prawdziwy relaks.

Kiedy wróciłam i wyprałam wszystko co się dało, umyłam podłogi, a nawet okna (przesadziłam), skosiłam trawnik, pozrzucałam zdjęcia do komputera – zajrzałam na bloga. Cofnęłam się do samego początku. Poczytałam.

I wiecie co?! Ja całkiem nieźle piszę. Niegłupio, refleksyjnie, z poczuciem humoru, dystansem do siebie, prawdziwie. Nie mam pod swoimi notkami setek polubień, bo ostatecznie, umówmy się – jak wiele osób znajduje coś ciekawego w zwyczajnym życiu?! Ale to jest moje miejsce, do którego będę wracać, mam tu Was – kilka już starych dobrych znajomych, których także odwiedzam. Cieszy mnie to, tak całkiem zwyczajnie daje przyjemność.


Mam tu swoją przystań. A jeśli macie ochotę czasem do niej przycumować, będzie mi nadal bardzo miło.