poniedziałek, 27 lutego 2017

Sztuka zgadywania

Jaki wpływ ma na życie człowieka rodzina? Czy dając dobry przykład, sprawiamy, że chce się z tego przykładu skorzystać, czy wręcz odwrotnie? Czy tworząc dobrą, szczęśliwą rodzinę, będącą w stanie wesprzeć działania młodego człowieka pomagamy mu, czy wyrządzamy krzywdę?

Taki to bagaż dźwigam ostatnio na grzbiecie. Chętnie bym go odłożyła, ale życie się za mnie nie przeżyje. Zapewne wiele jeszcze wody upłynie nim okaże się, czy moje postępowanie przynosi pełne plony, czy „robaczywki”, a ja jestem mocno niecierpliwa.

Na początku miesiąca miałam przyjemność obejrzeć „Sztukę kochania” w reżyserii Marii Sadowskiej. Spodziewałam się, że film będzie dobry, ale tak naprawdę pojęcia nie miałam o Michalinie Wisłockiej jako o człowieku z krwi i kości. Kojarzyła mi się z odwagą, wiarą w swoje przekonania, upartością i lekką ironią w spojrzeniu. To wszystko jej firmowy wizerunek zawierał. Dostałam dużo więcej. Obraz mocno poplątanej młodej kobiety, która kompletnie nie wie, jak żyć. Której praca zawodowa wypełnia szczelnie cały świat i na uczucia niemal nie ma miejsca. A nawet jeśli są – są tak pełne sprzeczności, że trudno się w nich doszukać logicznego działania. Główna bohaterka wierzyła w miłość. I chyba jedynie dzięki temu, poprzez lata burzliwych prób i doświadczeń, udawało jej się tej miłości doznać. Zarówno fizycznej, która dała jej bodziec do walki o swoją książkę, jak i tej psychicznej – przynajmniej czasami.

Skąd tu się wzięła Wisłocka? Z wywiadów z jej córką, które przy okazji postanowiłam sobie zapodać. Z córką, która matki przeważnie przy sobie nie miała. Która sama wspomina „lodówkę emocjonalną”, jaką zaserwowała jej mama. Mama, która za cel życia obrała sobie seksualną edukację Polaków (córki skądinąd też), tak naprawdę mamą była bardzo mimochodem. Tymczasem córka stworzyła rodzinę. Pełną, kochającą się, z wszelkimi jej wadami i zaletami. Związek, w którym to ona była dawcą, a biorcą mąż. Dokonała tego, choć wiele wskazywałoby na to, że nie będzie potrafiła, bo nikt jej tego nie nauczył…

I takie to życie. Przewidywalne? Do zaplanowania? Wcale nie! Stąd najprawdopodobniej wszelkie teorie typu „Jaki ojciec, taki syn”, czy „Niedaleko pada jabłko od jabłoni” biorą w łeb. Czy to źle, czy dobrze – tego nie wiem. Ale na pewno ciekawiej, jak się nie zna dalszego ciągu.


„Sztukę kochania” polecam. Cenię filmy, które zapadają w pamięć i mimo upływu czasu oraz galopującej sklerozy z niej nie znikają.

wypożyczyłam: fot. materiały prasowe dystrybutora Next Film