niedziela, 29 stycznia 2017

Podobno nie jest ważne, jak się zaczyna

Udany przepis na ferie zimowe? Dobre towarzystwo, dobra muzyka i poczucie humoru.

Kiedy zaraz początkiem roku mąż zerwał sobie więzadło nogi i na dwa tygodnie wpakowano mu nogę do gipsu, stało się jasne, że na nartach w tym sezonie moja rodzina nie pojeździ. Córka, współczując tacie ograniczeń ruchowych, odetchnęła z ulgą, bo okazało się w międzyczasie, że nie jest aż taką fanką szaleństwa na stoku, jak się nam zdawało.

Mnie to troszkę zmąciło spokój wewnętrzny, bo przywykłam, że ferie spędzam z rodziną następująco: zjadamy śniadanie, oni idą na stok, ja ich odprowadzam, opalam buzię w przelocie, potem wracam i sobie czytam, oni wracają, jemy obiad, oni idą na stok, ja czytam, a wieczorem po kolacji urządzamy turniej gier planszowych. I co tu teraz zrobić, kiedy oni … nie idą na stok!?

Po raz któryś przekonałam się, że plany są po to, żeby móc je dowolnie modyfikować oraz, że nie powinnam martwić się na zapas. Mam fajną rodzinę. Obijaliśmy się w domu, że aż miło. A kiedy mąż gips zamienił na ortezę – pojechaliśmy wymoczyć się w ciepłej wodzie.

Wspominałam, że jestem „okazem zdrowia”, który zimę toleruje kiepsko. Stąd ciepłe baseny wydały mi się idealnym rozwiązaniem. Haczyk stanowiło 150 metrów drogi, które do nich należało pokonać w gustownych szlafroczkach  na siedmiostopniowym mrozie. Moja głowa nie mogła sobie z tym poradzić, ale postanowiłam nie narzekać. Chyba zwariowałam. Owszem, planowałam w nowym roku nieco się rozruszać, ale kompletnie nie to miałam na myśli. Ale jakie to ma znaczenie!

Skoro tak dobrze zaczęłam, ciekawa jestem, co będzie dalej…








środa, 11 stycznia 2017

Prosto spod koca

Czym jest marnowanie czasu?

Siedzeniem pod kocem z laptopem na kolanach i grzebaniem w życiu innych ludzi zamiast zabrania się za swoje? Pewnie trochę tak.

Czasami przeglądaniem miejsc, co do których obiecaliśmy sobie, że już do nich nie wrócimy, bo to kompletnie nie rozwija, a tylko denerwuje i wywołuje frustracje. W końcu powiedzenie, że szkoda marnować czas na coś, na co nie mamy wpływu, to mądre powiedzenie.
Wiem to, a jednak siedzę pod kocem i grzebię w tych nierozwojowych miejscach i wydarzeniach. Trochę to niemądre. Zdaję sobie sprawę, że mogłabym mądrzej i to chyba mój główny problem dnia powszedniego.

Zaglądam czasem na pewien powszechnie znany portal społecznościowy, gdzie takich cytatów jak należy spędzić dzień dzisiejszy, ba - całe życie, by być z niego zadowolonym, jest zatrzęsienie. Aż się dziwię, że wg tych wytycznych nie żyją wlepiający te mądrości na swoje profile. Na pewno wg nich nie żyją! Gdyby się do nich stosowali, bylibyśmy dużo mądrzejszym i szczęśliwszym społeczeństwem. Skąd o tym wiem? Nie jestem lepsza!

A są lepsi? Może jest ich garstka, ale są. Może na dziesięć osób – jedna robi  to, o czym marzyła, że robić będzie. I może dlatego, że nie wszystkich dziesięć osób decyduje się na ciężką pracę, by się zrealizować, my mamy okazję dowiedzieć się o tej jednej? Tak to sobie tłumaczę i od razu mniej dręczą mnie wyrzuty sumienia.

Oglądałam wręczenie Paszportów Polityki. Czasami uda mi się trafić na taką relację – rzadko wcześniej sprawdzam, co kiedy „poleci”. Rozmarzyłam się. Przypomniałam sobie o swoich dawnych pomysłach na życie. Zazdroszczę tym, którzy potrafią zaśpiewać tak, by ktoś zechciał ich słuchać, namalować, by ktoś zechciał oglądać, czy wreszcie napisać tak, by ktoś zechciał przeczytać. Napawa mnie duma, że potrafimy tych ludzi „wyłowić” z morza innych i bardzo lubię widzieć w ich oczach zaskoczenie, czy niedowierzanie, że ktoś docenił ich subiektywne spojrzenie na świat. Ich przekaz.


Paszportu Polityki już raczej nie mam szans uzyskać – mocno przekroczyłam średnią wieku. Co nie znaczy jednak, że jak w końcu zdecyduję się wyleźć spod tego koca, to czegoś tam nie dokonam, by poczuć, że to jest właśnie to. Wszak na debiut nie ma jakiejś granicy wiekowej. Mam nadzieję…

Bo tymczasem:

czwartek, 5 stycznia 2017

Zaprzyjaźnić się z Kogutem

U schyłku starego roku pomyślałam – fajnie by było, gdyby nowy był lepszy. Żeby mi się chciało chcieć. Nie jestem dumna z ostatniego kwartału tego, co już minął. Moje chęci zakończyły się na wakacjach. A tu przyznać muszę, że Bieszczady zachwyciły mnie niezmiernie i zaprosiły na „zaś”. Pojadę, bo Połonina Wetlińska i Tarnica to dopiero przystawka, a przecież należy zaliczyć także deser. Będąc tam, na górze – aż chciało się krzyknąć „jestem panią świata”. I tam naprawdę w to wierzyłam. I może jeszcze tydzień później.

Potem zeszłam na ziemię. I wciąż po niej stąpam bardzo niepewnym i leniwym krokiem. W noworoczne popołudnie z trudem zdecydowałam się na poobiedni spacer. W myśl powiedzenia, że jaki nowy rok, taki cały rok. Ile prawdy jest w tej „mądrości życiowej” – napiszę w grudniu. Tymczasem pora zmierzyć się z tym, co przede mną.

Mija nam właśnie Rok Małpy. Jaka bywa małpa – każdy wie. Przed nami Rok Koguta. Ironia losu? Widziałam nieraz koguta w akcji. I wiem jedno – ze swojej strony dołożę wszelkich starań, żeby nie przyczynić się do jego wiecznie zadziornego, zakrzyczanego i momentami niebezpiecznego działania. Postaram się cieszyć każdym miłym drobiazgiem na swej drodze i wysyłać na zewnątrz jak najwięcej pozytywnej energii.

Nie napiszę, że będę tutaj częściej, ale bardzo bym tego chciała. Życzę sobie weny i chęci pisania. Od sierpnia się za to zabierałam. Średni wynik muszę przyznać. Ale w końcu to nie wyścigi.

Dobrego roku!