piątek, 25 sierpnia 2017

Wypada się ruszyć

Dzisiaj będzie o tym, że pora zacząć się ruszać. Bo nikt tego za mnie nie zrobi. I wcale nie chodzi o to, żeby lepiej wyglądać. Owszem, mogłoby się tak wydawać, ale kiedy spojrzę w lustro, to nie muszę szybko oczu przymykać albo odwracać głowy. Waga też nie przeraża, choć pozwoliła sobie łaskawie drgnąć nieco pod moim ciężarem i przekroczyłam magiczną pięćdziesiątkę nie tak dawno temu. Tu chodzi jednak o coś znacznie ważniejszego. O kondycję mianowicie i dobre samopoczucie. O to, żeby się człowiekowi chciało. Żeby nie dyszał idąc pod górę, a jak się rano obudzi to ma ochotę wstać i z radością witać nowy dzień. A ja ostatnio jestem ospała, leniwa i apatyczna…


Jak pisałam wiele notek wstecz, zdrowa nie jestem. Źle toleruję zimno, moje dłonie nie są wtedy zdatne do żadnego działania, a kiedy dobrze nimi gdzieś trzepnę (co normalnym ludziom zdarza się każdego dnia), to na palcach pojawiają mi się ropne nadżerki, których gojenie się trwa całe wieki i boli niemiłosiernie, stąd też nie do każdej aktywności jestem zdolna.

Nie jestem też typem sportowca. Uwielbiam tańczyć, lubię badmintona, pływam, póki nie osiągnę fioletowego odcienia dłoni, a kiedy ręce mam sprawne i nie jest zimno – bywa, że jeżdżę na rowerze, ale o regularności trudno tu mówić. Próbowałam takiej gimnastyki ogólnej, wymagającej mojego zaangażowania 7 minut dziennie, ale wystarczył jeden, dwa dni zapomnienia i zapomnienie pozostało ze mną na dłużej. 

Wspominałam też, że zapoznałam się kilka miesięcy temu z pewnym portalem społecznościowym nie dla własnego widzimisię, ale skoro już tam bywam, to różne rzeczy widzę. A widzę ku swojemu zaskoczeniu, że ludność mocno aktywna się zrobiła. I chwali się na wszelkie strony, dokumentuje zdjęciami, pomiarami kroków, wysokością zbocza, że aż serce rośnie.

Zdarza mi się pomyśleć (nie ukrywam), czy to na pewno takie zdrowe, że osoby, które miały przez całą swoją młodość awersję do sportu, nagle wyciskają z siebie siódme poty. Ośmielę się wyrazić opinię, że nieraz są to czynności mocno wykraczające poza zwykłe regularne utrzymanie ciała w ruchu, bo często widzę, że to są czyny wręcz bohaterskie. A znałam już takich bohaterów, którym to się (mówiąc łagodnie) nie przysłużyło. Nie, to nie zazdrość chyba, a raczej wołanie o umiar i zdrowy rozsądek.


Zboczyłam z tematu, wracam więc na niego spiesznie. Moja instruktorka tańca wyjechała, a jej zajęcia tańca solo dawały mi dużo radości. Nie gnębiła za niedociągnięcia, sklerozę, ale robiła zawsze porządną rozgrzewkę, podczas której odkrywałam nieznane mi dotąd partie ciała, puszczała świetną muzykę, poruszała się z wdziękiem, czym dawała bodziec, by samemu tak się właśnie poruszać. To były takie lekcje z gracji, ale kiedy faktycznie grupa opanowywała już ciekawsze układy taneczne, byłam wniebowzięta. Bardzo to lubiłam. Nie polubiłam za to nauczycielskiego tonu chłopaka, który „nastał” po niej, a takie zajęcia muszą sprawiać przyjemność.

Jest jedna taka dyscyplina (choć to zapewne za duże słowo), która daje mi przyjemność, bo nie jest ćwiczeniem samym w sobie, a pozwala łączyć wysiłek fizyczny z wrażeniami wzrokowymi. To chodzenie po górach. Daje przyjemność, cieszy oko, a kiedy wejdzie w krew – ma wpływ także na kondycję. Pomyślałam, że skoro już na tym portalu społecznościowym „istnieję”, to będę nowoczesna i stworzę grupę ludzi, którzy tak jak ja góry lubią, ale nie będą się zabijać, kto pierwszy na szczycie. No i już! Nie zastanawiając się wiele zrobiłam to! Nadałam nazwę, podałam cel i zaprosiłam osoby, które może to zainteresować. Za nami pierwsze wydarzenie. Wzięła w nim udział co prawda tylko moja najbliższa rodzina, ale nie zrażam się. Każda podróż zaczyna się przecież od pierwszego kroku!

Poszliśmy na Trzy Kopce Wiślańskie i zgodnie z opisem powinniśmy byli dotrzeć na nie i wrócić na start w 4,5 godziny. Jeśli napiszę, że nam wędrówka zajęła sześć godzin, informacje o naszej formie nie będą potrzebne. Nic to! Odwiedziliśmy Telesforówkę z przytuliskiem prowadzonym przez zgrany duet. Zjedliśmy pyszny bigos i ciasto drożdżowe z owocami, a nawet kupiliśmy świeży twaróg kozi do domu. Z punktu widokowego na Czuplu (Beskid Śląski, 882 m n.p.m. – piszę szczegóły, bo jest ich kilka w naszych górach) panorama wyglądała tak pięknie, że na chwilę zapomnieliśmy, ile drogi jeszcze przed nami.





Kolejny spacer górski zaplanowaliśmy na minioną niedzielę, ale wtedy deszcz pokrzyżował nam plany. Coś mi jednak mówi, że nadrobimy zaległości już wkrótce, bo Kotarz jest dosyć zachęcająco opisany w kilku sieciowych źródłach. I choć nie zamierzam zmieniać siebie jakoś drastycznie (wolałabym pozostać sobą), to mogę się choć trochę za siebie wziąć. Nie narażając życia oczywiście.


 

niedziela, 13 sierpnia 2017

Ilość lat, czy życia...

O tym, jak piszę notki na bloga – rozmawiałam ostatnio z Tereską, która sporo o mnie wie i która ważnym jest człowiekiem w moim świecie. Że mam tyle różnych tematów do poruszenia, które wychodzą przy okazji jednego wpisu, że robi się on za długi, muszę potem skracać, no bo kto to będzie czytał… No i ona powiedziała mi, że to nieprawda co mówię, że wpis ma być klarowny, ciekawy i krótki, bo ona na przykład miałaby ochotę poczytać więcej. No to zaryzykuję. Zrobię taki test, jak na moich Czytelników działa wypowiedź długa. Zaczynamy. Będzie background – tło wypowiedzi ;)

Mamy dosyć długi staż małżeński, jak na naszą krótką wcześniej znajomość. Pobieraliśmy się mając po 23 lata i równo rok później zostaliśmy rodzicami. Wcześniej spotykaliśmy się rok i był to czas intensywny. Studia łączyliśmy z pracą oraz przyjemnościami. Stąd łatwo obliczyć, że całe nasze wspólne życie to już życie rodzinne. Jak najbardziej świadome, ale przemyślane tak, by o dziecku i dla dziecka i mimo dziecka wszystko było poukładane i żeby miało się ono jak najlepiej. Do niego dostosowane były nasze marzenia wakacyjne, plany na po pracy, a później zmieniło się tylko tyle, że z liczby pojedynczej przeszliśmy na mnogą. Wydaje mi się więc całkiem naturalne, że skoro lubiliśmy jako duet spędzać ze sobą czas, to otwarcie w towarzystwie mówiliśmy o tym, że jak już tylko będziemy mogli zrobić coś tylko dla nas, bo dzieci będą na tyle duże, że wyjadą same na wakacje, to zaczniemy z tego z rozkoszą korzystać. A ponieważ starsze z nich niebawem skończy lat dwadzieścia – nietrudno się domyślić, że coraz częściej nam się to udaje. Udało się i tym razem.

Korzystając z weekendu, kiedy nie byliśmy nikomu niezbędni do szczęścia, kupiliśmy bilety na koncert włoskiej piosenkarki Gianny Nannini i pojechaliśmy do niemieckiego miasteczka Lauchheim. Rozważaliśmy już podobne wydarzenie z tą panią w roli głównej, ale zawsze coś stawało nam na drodze, więc teraz nie wahaliśmy się jakoś długo. Podróż w jedną stronę to osiem godzin. Tak, jak nad morze – mieszkamy przy granicy polsko-czeskiej. Nie takie więc hop siup.

Pogoda była piękna, w sam raz na podróż. Cieplutko, ale w taki miły dla człowieka sposób. Nie gnaliśmy jednak na złamanie karku, a przy wjeździe do Pragi mąż zaproponował przerwę. Skoro czasu mamy dosyć, nikt nie marudzi „daleko jeszcze?”, to może zjemy obiad. Z uwagi na to, że co jakiś czas spędzam w Pradze dzień, dwa – zaproponowałam restaurację poza centrum miasta. Miało to przynajmniej dwie zalety. Nie musieliśmy szukać parkingu gdzieś pośród jednokierunkowych uliczek, a dojechaliśmy niemal pod lokal. Ponadto ceny poza ścisłym centrum bywają zupełnie do przyjęcia. Piszę „bywają”, bo nie jest to reguła. Tym razem jednak tak było.


Lubię to miejsce, bo ma klimat. Nazwa Pět Peněz (pięć pieniędzy – co głupio brzmi) ma brzmieć jak dźwięk, który wydaje przepiórka upominająca się o to, co się jej należy. Wnętrze utrzymane jest w charakterze szkoły/klas. Na ścianach wiszą czarnobiałe zdjęcia, świadectwa, stare tornistry, a menu czytamy z dzienniczków ucznia. Parę lat temu wszystko wyglądało starzej, było bardziej klimatycznie, ale wszystko w końcu kiedyś wymaga odświeżenia, co czasem sprawia, że stare robi się nowsze.

Zdjęć nie robiłam, więc pozwoliłam sobie skorzystać z https://www.menicka.cz



Tego trochę się wystraszyłam, bo przecież mogło się okazać, że to nowy właściciel wprowadził zmiany i co się stało z jedzeniem (?). Na szczęście dla nas, właściciel i menu nie uległy zmianie. Gotują tam naprawdę pysznie i na porcjach nie oszczędzają. Ilekroć tam jestem, zamawiam coś na co mam ochotę – patrzę do talerza sąsiada i już chce mi się spróbować koniecznie właśnie tego, co ma on. Niesamowite uczucie. Nie inaczej było tym razem. Zamówiłam pieczone kawałki piersi z kurczaka pod placuszkami ziemniaczanymi w pomidorowym sosie, które dwa lata temu zamawiała moja sąsiadka. Ale kiedy przed mężem pojawiła się deska z golonką w ciemnym piwie, pomyślałam, że muszę to sobie zapamiętać na przyszłość.

Do celu dojechaliśmy kilka godzin później, zameldowaliśmy się w przytulnym pensjonacie i po dokonaniu niezbędnych zabiegów odświeżających, podążyliśmy na koncert.






Koncert odbywał się na świeżym powietrzu, na dziedzińcu zamku - nazwa pełna Schloss Kapfenburg. Parkingi wokół zamku zapełniały się w szybkim tempie, głównie samochodzikami z rozsuwanym dachem i takimi, którym żandarm w pewnym francuskim serialu jeździł z siostrą przełożoną. Był to ostatni dzień festiwalu, który się wtedy na zamku odbywał i w mig mogliśmy się zorientować, że tym wydarzeniem żyje tam większość miejscowej i nie tylko ludności.





Dziedziniec był pełen, miejsca siedzące i stojące też, choć tak naprawdę nie te miejsca miały znaczenie, a klimat. Mur, kocie łby, świece płonące zamiast lamp. Stroje dowolne, na ogół ze swetrem albo kurtką w bardzo podręcznym bagażu, bo w końcu wieczory bywają różne.



Gianna wyszła bez opóźnienia, z chórkiem, orkiestrą - została przywitana tak jak u nas powiedzmy Maryla Rodowicz, choć gatunkowo bliżej jej do Małgorzaty Ostrowskiej. A pamiętajmy, że to nie była Niemka, a my nie byliśmy we Włoszech. Dziwi mnie trochę, że u nas nie jest znana. My znamy ją z reklamy Fiata Bravo sprzed kilku lat. Kobieta ma 61 lat, głos z chrypką i wiele hitów na swoim koncie. Przy okazji warto dodać, że nie jest to typ diwy, raczej sportowy, niekobiecy kompletnie i co najważniejsze, w pełni akceptowalny przez tłumy i akceptujący siebie.



Koncert był piękny, dwugodzinny. Artystka w ogóle się nie oszczędzała, zaśpiewała wszystko, czego chciałabym posłuchać i jeszcze więcej. Bisowała, chwaliła swoją ekipę, ale i widownię. Włoski jest językiem do śpiewania, ale to nie znaczy, że wszyscy go znają. Tu śpiewała większość.

Było zupełnie ciemno, kiedy koncert dobiegł końca. Świece pięknie płonęły, publika spokojnie kocimi łbami wychodziła za bramy zamku i zadziwiająco szybko i sprawnie auta rozjechały się każde w swoją stronę.



Pięknie nam było. Romantycznie i trochę randkowo. Bardzo lubię z takich możliwości korzystać. Do domu ruszyliśmy nazajutrz po śniadaniu. Pstryknęłam kilka fotek w hotelowej restauracyjce.



I choć w drodze powrotnej także stołowaliśmy się w Pradze, to jednak za dużo czasu i uwagi temu nie poświęcę. Bo choć knajpa była włoska i nowoczesna, a nadal poza ścisłym centrum, to jednak mogę ją ocenić tylko w kategorii ciekawostki. Ładnie, mało i zdecydowanie za drogo. To reklamy robić nie będę.

Choć fizycznie był to weekend dosyć wyczerpujący, a finansowo raczej nietani – powtórzyłabym go bez wahania. Żyje się raz, nie wiadomo, ile takich jeszcze atrakcji przed nami. A przecież, jak powiedział pewien mądry człowiek: nie o ilość lat w życiu chodzi, a o ilość życia w tych latach  : )


PS. Mam nadzieję, że Tereska będzie zadowolona. Nie napisze komentarza, ona jest „czytająca”. Mam nadzieję jednak, że tym nietypowym co do długości opisem nie zanudziłam osób, które czytają, ale też komentują : ) Stawię czoła tym opiniom. Obiecuję.

wrzucam jeszcze filmik z koncertu Gianny Nannini w Hiszpanii. Tu z Laurą Pausini. Uwielbiam koncerty, tu pięknie widać kontakt z publicznością. Mam nadzieję, że się Wam spodoba:

sobota, 5 sierpnia 2017

Banalnie i bez zaskoczenia

Siedzę na tarasie z kubkiem soku z grejpfruta. Niedawno zjedliśmy obiad, ja puściłam kolejną, ostatnią pralkę na dziś, a mąż kosi piękną nową trawkę, która rośnie jak głupia, a słońce praży, więc z męża się leje. Jesteśmy sami, więc robimy to, co które uważa za słuszne. W tle leci Phil Collins „A groovy kind of love”, ale z powodu kosiarki niemal go nie słyszę. Uśmiecham się w duchu, bo dobrze wiedziałam, że tak będzie, a jednak sobie włączyłam.



Dzieci są poza domem, ale jakby były na miejscu. Córka z obozu pisze, że kasa jej się kończy, a syn, że dzisiaj wraca, choć miał wrócić dopiero we środę  - co też jest normą. Nigdy nie wiemy skąd przyjdzie zaskoczenie. Taki element codzienności.



Pamiętam, temat na dziś to „najszczęśliwszy dzień w moim życiu”. Otóż, nie ma takiego jednego. Przybywa ich z każdym tygodniem, rokiem, zakrętem. A kiedy zaczęłam zastanawiać się nad „owym”, pokazywał mi się kadr za kadrem momentów, które wywoływały uśmiech na twarzy. Wiele sytuacji, miejsc i wydarzeń mogłoby walczyć o to jakże zaszczytne miano, bo my dbamy o urozmaicenia. Tak się jednak składa, że na tych obrazkach w mojej głowie, na pierwszym planie z reguły stoi stół (dowolny, bo i miejsca różne), a wokół niego my. Nasza czwórka, która robi coś razem. Na ogół albo jemy, albo gramy w jakąś planszówkę gadając bez przerwy, albo pogryzamy coś niezdrowego i słuchamy muzyki, czy oglądamy film, albo zdjęcia. Albo któreś właśnie wróciło i opowiada niedawno przeżytą historię. Te momenty, pełne uśmiechu wyłapuję bezbłędnie.


To obrazki codzienne, ale i wakacyjne – nie ma tu reguły. Jest ich wiele, ale wiem, że nie zawsze tak będzie. Na chwilę wtedy przestaję się uśmiechać i nie wstaję po aparat, by je uwiecznić, bo wiem, że wtedy czar pryśnie. Pozwalam tej chwili trwać, mając świadomość, że nie jest wieczna. Zawsze wtedy, kiedy widzę te bliskie sercu uśmiechnięte twarze i w kącikach oczu pojawia mi się pewien znajomy płyn, to jest właśnie TEN najpiękniejszy dzień w moim życiu. 

czwartek, 27 lipca 2017

O jednych, co mają serce i o drugich, co nie mają litości

Trochę się wahałam, o czym warto napisać, bo ilość tematów często tak mnie rozproszy, że rezygnuję z napisania w ogóle. Spróbuję trzymać się tematu, może dwóch, a jak przejdę do trzeciego, to chyba napiszę kolejny post…

Brałam ostatnio udział w koncercie charytatywnym na rzecz hospicjum dla dzieci nieuleczalnie chorych. Do ostatniej chwili nie wiedziałam, czy zdążę, bo wyprawiałam córkę na obóz tego samego dnia. Zdążyłam ze wszystkim. Koncert przygotował syn mojej koleżanki. Utalentowany młody człowiek, który od najmłodszych lat tańczył w lokalnym zespole ludowym, a teraz reprezentuje ludowy zespół w stolicy. Celem nadrzędnym takiego przedsięwzięcia jest zbiórka funduszy na szczytny cel. Sztuka dzieje się przy okazji, a czasami jakby jej nie było. Liczą się chęci. Przybyli płacą wstęp, klaszczą i wychodzą, a jeśli nawet jakość występu daleka jest od interesującego, to każdy uznaje, że liczy się cel – i po sprawie.

Tymczasem koncert był piękny, profesjonalny, dopracowany. Zaangażowanie widać było na każdej płaszczyźnie, a artyści, którzy zdecydowali się wystąpić zadbali o nastrój i wrażenia duchowe. Wiadomo było, że tematem przewodnim jest miłość – no bo cóż innego mogłoby zjednoczyć ludzi w takim celu. Ryczałam jak bóbr, kiedy solista ruszył na scenę z pierwszą piosenką. Córka spojrzała na mnie, złapała za rękę i długo jej nie wypuszczała. Nie każda piosenka rozckliwiała, niektóre były zabawne. O aranżację i akompaniament zadbał młody zdolny pianista i przyznać muszę – wyszło mu to doskonale. Stwierdzam, że mój dzień nabrał kolorytu dzięki udziałowi w czymś tak pozytywnym i pięknym jednocześnie. Mam nadzieję, że udało się zebrać przynajmniej część potrzebnych środków.



Tutaj więcej na temat hospicjum: http://swietlikowo.pl/

***
Dwa dni później wybrałam się z mężem do kina. Lubimy czasem przeorganizować sobie dzień. Nie gnać do domu, zjeść coś „na mieście” – skorzystać z tego, że możemy pobyć sami. Dokonałam wyboru repertuaru i już w trzeciej minucie miałam ochotę strzelić sobie w łeb. Nie wiem, czego się spodziewałam po filmie o wdzięcznym tytule „Paryż może poczekać”? Lekkiej komedii, ciekawych dialogów, dobrej muzyki? Na pewno liczyłam na przyjemnie spędzony czas. W końcu lato jest! Kiedy w owej trzeciej minucie spojrzałam na męża, a on na mnie - słowa nie były potrzebne. Zażenowanie, rozczarowanie, niesmak. Dawno nie oglądałam takiego gniota. Film traktował o ludziach po pięćdziesiątce, miał pokazać jak kobieta, która czuje się w małżeństwie nieszczególnie ważna, przeżywa podróż do Paryża w towarzystwie kolegi męża i jaki to ma wpływ na jej życie. Mierne dialogi, niezrozumiałe posunięcia głównej bohaterki, kompletnie niedzisiejsze podejście do pieniędzy - bez względu na to, ile ich się ma. Film nudny, bez pomysłu, bez cienia poczucia humoru, brak akcji, brak... litości dla widza. Zdecydowanie najbardziej ucieszył nas fakt, że bilety mieliśmy darmowe.


Wniosek? Życie niesie ze sobą wiele niespodzianek. Można powiedzieć, że oba opisane wyżej wydarzenia były nastawione na zysk. W pierwsze włożono serce, w drugie reklamę. I jeszcze A. Baldwina na przynętę. Obiecałam sobie, że będę ostrzegać przed niepotrzebnym wydawaniem pieniędzy oraz marnowaniem czasu na nijakie atrakcje, jeśli dam się w takie wmanewrować. Oby jak najrzadziej. Całą publikę z tego dramatycznego seansu chętnie przesadziłabym na wspomniany koncert charytatywny i myślę, że byłaby mi wdzięczna za ucztę dla ducha, a wolontariusze za dodatkowy datek na konkretny cel.


PS. W tym „wspaniałym” filmie pada pytanie, którego „nikt dotąd w filmie nie zadał” – jaki był najszczęśliwszy dzień w twoim życiu? I tak pomyślałam, że żeby nie całkiem poszedł na marne ten nasz wtorkowy seans – o tym napiszę kolejnego posta. 

czwartek, 13 lipca 2017

Poprzez doświadczenie

Zaskakując samą siebie – jestem z powrotem. Wiele znaków wskazywało, że tak się nie stanie. Po pierwsze, przestałam odczuwać potrzebę pisania, a ilość wkurzających sytuacji wokół skutecznie zabrała mi czas i ochotę na nie. Po drugie, celem kontroli rodzicielskiej (jestem mamą nastolatki), założyłam sobie profil na pewnym wszechwiedzącym portalu społecznościowym i wpadłam jak ta śliwka. 

Otworzyły się przede mną nieprzebrane ilości cennych rad i mądrości życiowych, najprostszych przepisów kulinarnych, porad w co wierzyć, a w co nie, kto jest dobry, a kto zwykły cham oraz zdjęć z każdej sytuacji życiowej bliższych i dalszych znajomych. Wszyscy tam skaczą i pływają, biegają, maszerują, robią pompki, jeżdżą na rowerze oraz zwiedzają, przeprowadzając niemal równolegle szczegółową fotodokumentację. No szok! Nie, nie starałam się nikomu dorównać. Tak, sprawdzałam, jak się tam istnieje i co to znaczy. Ale straciłam już wyjątkowo dużo czasu lajkując i uśmiechając się to tu to tam i czytając tonę wiadomości, które wielu powiela jako te jedyne prawdziwe. I w końcu przyszedł urlop.

Urlop był wytęskniony. Pachniał lawendą i szumiał morzem i grał cykadami. Smakował winem, kozim serem, a także o zgrozo szpinakiem! ; ) Był leniwy, uśmiechnięty, z książką na leżaku, z najbliższymi – taki co to nie wymaga naginania się do czyichś potrzeb i wyobrażeń. Prawdziwy relaks.

Kiedy wróciłam i wyprałam wszystko co się dało, umyłam podłogi, a nawet okna (przesadziłam), skosiłam trawnik, pozrzucałam zdjęcia do komputera – zajrzałam na bloga. Cofnęłam się do samego początku. Poczytałam.

I wiecie co?! Ja całkiem nieźle piszę. Niegłupio, refleksyjnie, z poczuciem humoru, dystansem do siebie, prawdziwie. Nie mam pod swoimi notkami setek polubień, bo ostatecznie, umówmy się – jak wiele osób znajduje coś ciekawego w zwyczajnym życiu?! Ale to jest moje miejsce, do którego będę wracać, mam tu Was – kilka już starych dobrych znajomych, których także odwiedzam. Cieszy mnie to, tak całkiem zwyczajnie daje przyjemność.


Mam tu swoją przystań. A jeśli macie ochotę czasem do niej przycumować, będzie mi nadal bardzo miło.










niedziela, 26 marca 2017

Okrutna, zła czy podła?

Muszę o tym napisać, może dzięki temu szybciej zapomnę, albo przejdę nad tym do porządku dziennego.

Trzy lata temu, naiwna i ufna, z szerokim uśmiechem na twarzy pozwoliłam ponieść się marzeniom. Jeden człowiek, może niespecjalnie inteligentny, ale za to wyglądający na szczerego i pełnego zapału, zaproponował mi współpracę, która zawodowo mogła nieco poszerzyć pole mojej działalności.
Zaangażowałam się, bo była to pokusa nie do odparcia i temat ciekawy, a ja ciekawa jestem z natury jak diabli. Początek okazał się zgodny z oczekiwaniami, a oferta coraz ciekawsza. Za swoją pracę otrzymywałam całkiem niezłe pieniądze, a tak naprawdę praca ta była przyjemnością.

Jak to się jednak czasami dzieje, nagle nastąpił zwrot akcji. Za kolejne zlecenie, które objętościowo pięciokrotnie przekraczało poprzednie, a czasu do wykonania którego wcale nie było więcej  - nie dostałam wynagrodzenia to tej pory. Nagle moje usługi okazały się złe. I gdyby nie fakt, że jestem pewna jakości swoich usług, oraz to, że całe przedsięwzięcie doczekało się dalszego ciągu, pewnie położyłabym uszy po sobie i przytaknęła, że taka jestem beznadziejna. Ale nie jestem.

Przyczyn, dla których współpraca została zakończona jest tyle ile osób, z którymi przyszło mi się przy okazji tego projektu spotkać. Przez pół roku główny pracodawca twierdził, że przelew już będzie zrealizowany, by ostatecznie wiosną ubiegłego roku współpracownik wysunął temat jakości mojej pracy. Pewnie, gdyby została podpisana umowa – ruszyłabym do boju, ale że korespondencja mailowa niekoniecznie jest wystarczającym dokumentem, uznałam, że skoro z głodu nie przymieram, jedyne, co mi po temacie pozostanie, to nauczka.

Tymczasem, dalszy ciąg pracy, którą wykonałam, odbył się ostatnio na dużym ekranie, święcił triumfy w kraju pochodzenia, a ja z ciekawością przyglądałam się, jak przyjmie się u nas. Dostałam kompletnego „kota”, objawiającego się obserwowaniem wskaźników oglądalności i wszystkiego innego co z tematem się wiąże.

I wiecie co? Notowania "to zjawisko" ma na naszym rynku kiepskie. Tak kiepskie, że chyba pod ziemię bym się zapadła, gdybym wzięła w nim udział i gdzieniegdzie musiała zobaczyć w związku z nim swoje nazwisko. Czy jestem zadowolona? Niestety tak. Piszę niestety, bo przecież nie powinnam bliźniemu życzyć źle. Nie czuję się z tym komfortowo, że taką podłą cechę odkryłam w sobie.

Poczułam jednak pewną satysfakcję, że jakaś sprawiedliwość panuje na tym świecie. Że to, co znałam tylko ze słyszenia, mianowicie, że karma wraca, przyszło mi oglądać na własne oczy.


No, to wyrzuciłam z siebie już wszystko. A teraz niech przyjdzie wiosna!


poniedziałek, 13 marca 2017

Ewki nic nie ugryzło

Co do faktu, że nic nie dzieje się przez przypadek, zaczynam mieć już pewność. Wielokrotnie zdarzało mi się usilnie o czymś myśleć, by w krótkim czasie natknąć się na to. Czasami  z kolei nie mogę znaleźć drogi naprzód i kręcę się w kółko mając do siebie pretensje, że nie potrafię zebrać się w sobie, by ktoś lub coś postawił(o) mi na drodze temat, który odpowiednio pociągnięty ukaże mi całkiem nowe możliwości. Nie inaczej było tym razem:

Dwa tygodnie temu weszłam na stronę biblioteki miejskiej, by przedłużyć możliwość „przetrzymania” książki. Dodam, że na tyle nudnej, że choć niegruba, to strasznie wolno posuwam się naprzód. Na tej stronie, w zakładce „aktualności” znalazłam wieczór autorski serdecznej koleżanki z lat szkolnych, którą ostatnio widziałam na moim ślubie, ponad dwadzieścia lat temu. O tym, że mieszka w stolicy i ma ciekawe życie zawodowe, wiem z Internetu. I tu proszę, taka okazja. Postanowiłam skorzystać i upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Posłuchać mądrego wykładu oraz zamienić słów parę prywatnie.

Zajęłam sobie miejsce i czekałam na rozwój wydarzeń. Ewa, po uprzednim powitaniu każdej znajomej duszy z osobna, wyszła na środek i ze spokojem zaczęła mówić. Mówiła o tym, że porozumienie pomiędzy ludźmi jest trudne do osiągnięcia, że nie wierzy by ktoś był z gruntu zły, że to wszystko mogłoby wyglądać inaczej, gdybyśmy zastanowili się, jak do siebie mówimy. Zaproponowała proste rozwiązania, by dotrzeć do drugiej osoby, by z jej niekoniecznie miło brzmiącego komunikatu spróbować „wyciągnąć” dobre intencje. Powiedziała wreszcie o 10 procentach osób na świecie, którym trudniej jest poradzić sobie z porażką, za to łatwiej podciąć im skrzydła, bo są po prostu nadwrażliwe. Swoje obserwacje i przemyślenia postanowiła zawrzeć w książce „Ewka, co cię ugryzło” w takiej formie, by dotrzeć do każdego z nas. Przystępnym językiem. Pochwalę się – mam książkę, z autografem. I dumna jestem, że znam autorkę.

Wracałam do domu spokojna, ale też zamyślona. Chyba potrzebowałam potwierdzenia swoich własnych intuicyjnych przemyśleń, że ton w rozmowie ma znaczenie i że nie są to moje fanaberie. Ponadto, a może wręcz przede wszystkim, niezmiernie ucieszył mnie fakt, że pomimo upływu czasu, pewne osoby się nie zmieniają. To takie budujące. Poczułam się szczęśliwsza.

Lekturę właśnie rozpoczynam, a jeśli będzie tak ciekawa, jak spotkanie, podam ją dalej z prawdziwą przyjemnością.


Lubię takie „przypadki, nie będące dziełem przypadku”. Ważne, by umiejętnie ich wypatrywać.


Zapraszam tutaj, do naszego regionalnego portalu: http://telewizja.ox.pl/wideo,36575,ewka,-co-cie-ugryzlo-.html

niedziela, 5 marca 2017

Spróbuję

Ten wpis będzie dla mnie trudny, bo domyślam się, że każdy trochę inaczej myśli na temat tego, co naszym życiem kieruje, ale poproszę o wyrozumiałość, bo to dla mnie ważne.

Pewna przyjazna osoba, która wspiera mnie w podróży przez życie, dowiedziawszy się, w jaki sposób podpisuję swoje posty, zasugerowała, że określenie „przeczulona” nie niesie pozytywnego ładunku. Że to głównie lęki, obawy oraz skłonność do krytykowania, a że ja taka nie jestem i czy nie zechciałabym tego zmienić dla swojego przede wszystkim dobra.

Nie zachwyciła mnie taka opinia, trochę się nawet dąsałam przez parę dni, ale intensywnie myślałam, czy przypadkiem nie ma w tym twierdzeniu cienia prawdy. Podzieliłam się tematem z mężem, przyjaciółką, choć jak to zwykle bywa, główny ciężar zostawiłam do rozpracowania sobie. Im dłużej myślałam, tym bliżej byłam przyznania racji autorce całej akcji. I choć swój pseudonim zdążyłam już polubić i do niego przywyknąć (bo to kilka lat w końcu i drugi blog), zaczęłam dostrzegać to, co wcześniej było dla mnie niewidoczne. Wypowiedziałam sobie na głos „przeczulona”, próbowałam wyobrazić sobie, czy lubię przeczulone osoby w swoim towarzystwie i usłyszeć taką osobę w zderzeniu z rzeczywistością. Wyszły mi stękania, fochy i kręcenie nosem. I zrozumiałam to. Ja taka nie jestem!

Dostałam nowy pseudonim. Pod nim napisałam już wcześniejszą notatkę i powoli się z nim zaprzyjaźniam. Będę obserwować, czy ma na mnie wpływ rzeczywisty i za jakiś czas podzielę się wrażeniami na blogu.

Tymczasem przepraszam za zamieszanie, kiedy czytając u siebie komentarz od „poszukującej”, przez chwilę nie będziecie wiedzieć, co to za jedna.


Pani astrolog – dziękuję za otwieranie oczu! To dobrze robi komuś, kto myślał, że szerzej już się nie da : )



poniedziałek, 27 lutego 2017

Sztuka zgadywania

Jaki wpływ ma na życie człowieka rodzina? Czy dając dobry przykład, sprawiamy, że chce się z tego przykładu skorzystać, czy wręcz odwrotnie? Czy tworząc dobrą, szczęśliwą rodzinę, będącą w stanie wesprzeć działania młodego człowieka pomagamy mu, czy wyrządzamy krzywdę?

Taki to bagaż dźwigam ostatnio na grzbiecie. Chętnie bym go odłożyła, ale życie się za mnie nie przeżyje. Zapewne wiele jeszcze wody upłynie nim okaże się, czy moje postępowanie przynosi pełne plony, czy „robaczywki”, a ja jestem mocno niecierpliwa.

Na początku miesiąca miałam przyjemność obejrzeć „Sztukę kochania” w reżyserii Marii Sadowskiej. Spodziewałam się, że film będzie dobry, ale tak naprawdę pojęcia nie miałam o Michalinie Wisłockiej jako o człowieku z krwi i kości. Kojarzyła mi się z odwagą, wiarą w swoje przekonania, upartością i lekką ironią w spojrzeniu. To wszystko jej firmowy wizerunek zawierał. Dostałam dużo więcej. Obraz mocno poplątanej młodej kobiety, która kompletnie nie wie, jak żyć. Której praca zawodowa wypełnia szczelnie cały świat i na uczucia niemal nie ma miejsca. A nawet jeśli są – są tak pełne sprzeczności, że trudno się w nich doszukać logicznego działania. Główna bohaterka wierzyła w miłość. I chyba jedynie dzięki temu, poprzez lata burzliwych prób i doświadczeń, udawało jej się tej miłości doznać. Zarówno fizycznej, która dała jej bodziec do walki o swoją książkę, jak i tej psychicznej – przynajmniej czasami.

Skąd tu się wzięła Wisłocka? Z wywiadów z jej córką, które przy okazji postanowiłam sobie zapodać. Z córką, która matki przeważnie przy sobie nie miała. Która sama wspomina „lodówkę emocjonalną”, jaką zaserwowała jej mama. Mama, która za cel życia obrała sobie seksualną edukację Polaków (córki skądinąd też), tak naprawdę mamą była bardzo mimochodem. Tymczasem córka stworzyła rodzinę. Pełną, kochającą się, z wszelkimi jej wadami i zaletami. Związek, w którym to ona była dawcą, a biorcą mąż. Dokonała tego, choć wiele wskazywałoby na to, że nie będzie potrafiła, bo nikt jej tego nie nauczył…

I takie to życie. Przewidywalne? Do zaplanowania? Wcale nie! Stąd najprawdopodobniej wszelkie teorie typu „Jaki ojciec, taki syn”, czy „Niedaleko pada jabłko od jabłoni” biorą w łeb. Czy to źle, czy dobrze – tego nie wiem. Ale na pewno ciekawiej, jak się nie zna dalszego ciągu.


„Sztukę kochania” polecam. Cenię filmy, które zapadają w pamięć i mimo upływu czasu oraz galopującej sklerozy z niej nie znikają.

wypożyczyłam: fot. materiały prasowe dystrybutora Next Film

niedziela, 29 stycznia 2017

Podobno nie jest ważne, jak się zaczyna

Udany przepis na ferie zimowe? Dobre towarzystwo, dobra muzyka i poczucie humoru.

Kiedy zaraz początkiem roku mąż zerwał sobie więzadło nogi i na dwa tygodnie wpakowano mu nogę do gipsu, stało się jasne, że na nartach w tym sezonie moja rodzina nie pojeździ. Córka, współczując tacie ograniczeń ruchowych, odetchnęła z ulgą, bo okazało się w międzyczasie, że nie jest aż taką fanką szaleństwa na stoku, jak się nam zdawało.

Mnie to troszkę zmąciło spokój wewnętrzny, bo przywykłam, że ferie spędzam z rodziną następująco: zjadamy śniadanie, oni idą na stok, ja ich odprowadzam, opalam buzię w przelocie, potem wracam i sobie czytam, oni wracają, jemy obiad, oni idą na stok, ja czytam, a wieczorem po kolacji urządzamy turniej gier planszowych. I co tu teraz zrobić, kiedy oni … nie idą na stok!?

Po raz któryś przekonałam się, że plany są po to, żeby móc je dowolnie modyfikować oraz, że nie powinnam martwić się na zapas. Mam fajną rodzinę. Obijaliśmy się w domu, że aż miło. A kiedy mąż gips zamienił na ortezę – pojechaliśmy wymoczyć się w ciepłej wodzie.

Wspominałam, że jestem „okazem zdrowia”, który zimę toleruje kiepsko. Stąd ciepłe baseny wydały mi się idealnym rozwiązaniem. Haczyk stanowiło 150 metrów drogi, które do nich należało pokonać w gustownych szlafroczkach  na siedmiostopniowym mrozie. Moja głowa nie mogła sobie z tym poradzić, ale postanowiłam nie narzekać. Chyba zwariowałam. Owszem, planowałam w nowym roku nieco się rozruszać, ale kompletnie nie to miałam na myśli. Ale jakie to ma znaczenie!

Skoro tak dobrze zaczęłam, ciekawa jestem, co będzie dalej…








środa, 11 stycznia 2017

Prosto spod koca

Czym jest marnowanie czasu?

Siedzeniem pod kocem z laptopem na kolanach i grzebaniem w życiu innych ludzi zamiast zabrania się za swoje? Pewnie trochę tak.

Czasami przeglądaniem miejsc, co do których obiecaliśmy sobie, że już do nich nie wrócimy, bo to kompletnie nie rozwija, a tylko denerwuje i wywołuje frustracje. W końcu powiedzenie, że szkoda marnować czas na coś, na co nie mamy wpływu, to mądre powiedzenie.
Wiem to, a jednak siedzę pod kocem i grzebię w tych nierozwojowych miejscach i wydarzeniach. Trochę to niemądre. Zdaję sobie sprawę, że mogłabym mądrzej i to chyba mój główny problem dnia powszedniego.

Zaglądam czasem na pewien powszechnie znany portal społecznościowy, gdzie takich cytatów jak należy spędzić dzień dzisiejszy, ba - całe życie, by być z niego zadowolonym, jest zatrzęsienie. Aż się dziwię, że wg tych wytycznych nie żyją wlepiający te mądrości na swoje profile. Na pewno wg nich nie żyją! Gdyby się do nich stosowali, bylibyśmy dużo mądrzejszym i szczęśliwszym społeczeństwem. Skąd o tym wiem? Nie jestem lepsza!

A są lepsi? Może jest ich garstka, ale są. Może na dziesięć osób – jedna robi  to, o czym marzyła, że robić będzie. I może dlatego, że nie wszystkich dziesięć osób decyduje się na ciężką pracę, by się zrealizować, my mamy okazję dowiedzieć się o tej jednej? Tak to sobie tłumaczę i od razu mniej dręczą mnie wyrzuty sumienia.

Oglądałam wręczenie Paszportów Polityki. Czasami uda mi się trafić na taką relację – rzadko wcześniej sprawdzam, co kiedy „poleci”. Rozmarzyłam się. Przypomniałam sobie o swoich dawnych pomysłach na życie. Zazdroszczę tym, którzy potrafią zaśpiewać tak, by ktoś zechciał ich słuchać, namalować, by ktoś zechciał oglądać, czy wreszcie napisać tak, by ktoś zechciał przeczytać. Napawa mnie duma, że potrafimy tych ludzi „wyłowić” z morza innych i bardzo lubię widzieć w ich oczach zaskoczenie, czy niedowierzanie, że ktoś docenił ich subiektywne spojrzenie na świat. Ich przekaz.


Paszportu Polityki już raczej nie mam szans uzyskać – mocno przekroczyłam średnią wieku. Co nie znaczy jednak, że jak w końcu zdecyduję się wyleźć spod tego koca, to czegoś tam nie dokonam, by poczuć, że to jest właśnie to. Wszak na debiut nie ma jakiejś granicy wiekowej. Mam nadzieję…

Bo tymczasem:

czwartek, 5 stycznia 2017

Zaprzyjaźnić się z Kogutem

U schyłku starego roku pomyślałam – fajnie by było, gdyby nowy był lepszy. Żeby mi się chciało chcieć. Nie jestem dumna z ostatniego kwartału tego, co już minął. Moje chęci zakończyły się na wakacjach. A tu przyznać muszę, że Bieszczady zachwyciły mnie niezmiernie i zaprosiły na „zaś”. Pojadę, bo Połonina Wetlińska i Tarnica to dopiero przystawka, a przecież należy zaliczyć także deser. Będąc tam, na górze – aż chciało się krzyknąć „jestem panią świata”. I tam naprawdę w to wierzyłam. I może jeszcze tydzień później.

Potem zeszłam na ziemię. I wciąż po niej stąpam bardzo niepewnym i leniwym krokiem. W noworoczne popołudnie z trudem zdecydowałam się na poobiedni spacer. W myśl powiedzenia, że jaki nowy rok, taki cały rok. Ile prawdy jest w tej „mądrości życiowej” – napiszę w grudniu. Tymczasem pora zmierzyć się z tym, co przede mną.

Mija nam właśnie Rok Małpy. Jaka bywa małpa – każdy wie. Przed nami Rok Koguta. Ironia losu? Widziałam nieraz koguta w akcji. I wiem jedno – ze swojej strony dołożę wszelkich starań, żeby nie przyczynić się do jego wiecznie zadziornego, zakrzyczanego i momentami niebezpiecznego działania. Postaram się cieszyć każdym miłym drobiazgiem na swej drodze i wysyłać na zewnątrz jak najwięcej pozytywnej energii.

Nie napiszę, że będę tutaj częściej, ale bardzo bym tego chciała. Życzę sobie weny i chęci pisania. Od sierpnia się za to zabierałam. Średni wynik muszę przyznać. Ale w końcu to nie wyścigi.

Dobrego roku!