niedziela, 26 marca 2017

Okrutna, zła czy podła?

Muszę o tym napisać, może dzięki temu szybciej zapomnę, albo przejdę nad tym do porządku dziennego.

Trzy lata temu, naiwna i ufna, z szerokim uśmiechem na twarzy pozwoliłam ponieść się marzeniom. Jeden człowiek, może niespecjalnie inteligentny, ale za to wyglądający na szczerego i pełnego zapału, zaproponował mi współpracę, która zawodowo mogła nieco poszerzyć pole mojej działalności.
Zaangażowałam się, bo była to pokusa nie do odparcia i temat ciekawy, a ja ciekawa jestem z natury jak diabli. Początek okazał się zgodny z oczekiwaniami, a oferta coraz ciekawsza. Za swoją pracę otrzymywałam całkiem niezłe pieniądze, a tak naprawdę praca ta była przyjemnością.

Jak to się jednak czasami dzieje, nagle nastąpił zwrot akcji. Za kolejne zlecenie, które objętościowo pięciokrotnie przekraczało poprzednie, a czasu do wykonania którego wcale nie było więcej  - nie dostałam wynagrodzenia to tej pory. Nagle moje usługi okazały się złe. I gdyby nie fakt, że jestem pewna jakości swoich usług, oraz to, że całe przedsięwzięcie doczekało się dalszego ciągu, pewnie położyłabym uszy po sobie i przytaknęła, że taka jestem beznadziejna. Ale nie jestem.

Przyczyn, dla których współpraca została zakończona jest tyle ile osób, z którymi przyszło mi się przy okazji tego projektu spotkać. Przez pół roku główny pracodawca twierdził, że przelew już będzie zrealizowany, by ostatecznie wiosną ubiegłego roku współpracownik wysunął temat jakości mojej pracy. Pewnie, gdyby została podpisana umowa – ruszyłabym do boju, ale że korespondencja mailowa niekoniecznie jest wystarczającym dokumentem, uznałam, że skoro z głodu nie przymieram, jedyne, co mi po temacie pozostanie, to nauczka.

Tymczasem, dalszy ciąg pracy, którą wykonałam, odbył się ostatnio na dużym ekranie, święcił triumfy w kraju pochodzenia, a ja z ciekawością przyglądałam się, jak przyjmie się u nas. Dostałam kompletnego „kota”, objawiającego się obserwowaniem wskaźników oglądalności i wszystkiego innego co z tematem się wiąże.

I wiecie co? Notowania "to zjawisko" ma na naszym rynku kiepskie. Tak kiepskie, że chyba pod ziemię bym się zapadła, gdybym wzięła w nim udział i gdzieniegdzie musiała zobaczyć w związku z nim swoje nazwisko. Czy jestem zadowolona? Niestety tak. Piszę niestety, bo przecież nie powinnam bliźniemu życzyć źle. Nie czuję się z tym komfortowo, że taką podłą cechę odkryłam w sobie.

Poczułam jednak pewną satysfakcję, że jakaś sprawiedliwość panuje na tym świecie. Że to, co znałam tylko ze słyszenia, mianowicie, że karma wraca, przyszło mi oglądać na własne oczy.


No, to wyrzuciłam z siebie już wszystko. A teraz niech przyjdzie wiosna!


poniedziałek, 13 marca 2017

Ewki nic nie ugryzło

Co do faktu, że nic nie dzieje się przez przypadek, zaczynam mieć już pewność. Wielokrotnie zdarzało mi się usilnie o czymś myśleć, by w krótkim czasie natknąć się na to. Czasami  z kolei nie mogę znaleźć drogi naprzód i kręcę się w kółko mając do siebie pretensje, że nie potrafię zebrać się w sobie, by ktoś lub coś postawił(o) mi na drodze temat, który odpowiednio pociągnięty ukaże mi całkiem nowe możliwości. Nie inaczej było tym razem:

Dwa tygodnie temu weszłam na stronę biblioteki miejskiej, by przedłużyć możliwość „przetrzymania” książki. Dodam, że na tyle nudnej, że choć niegruba, to strasznie wolno posuwam się naprzód. Na tej stronie, w zakładce „aktualności” znalazłam wieczór autorski serdecznej koleżanki z lat szkolnych, którą ostatnio widziałam na moim ślubie, ponad dwadzieścia lat temu. O tym, że mieszka w stolicy i ma ciekawe życie zawodowe, wiem z Internetu. I tu proszę, taka okazja. Postanowiłam skorzystać i upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Posłuchać mądrego wykładu oraz zamienić słów parę prywatnie.

Zajęłam sobie miejsce i czekałam na rozwój wydarzeń. Ewa, po uprzednim powitaniu każdej znajomej duszy z osobna, wyszła na środek i ze spokojem zaczęła mówić. Mówiła o tym, że porozumienie pomiędzy ludźmi jest trudne do osiągnięcia, że nie wierzy by ktoś był z gruntu zły, że to wszystko mogłoby wyglądać inaczej, gdybyśmy zastanowili się, jak do siebie mówimy. Zaproponowała proste rozwiązania, by dotrzeć do drugiej osoby, by z jej niekoniecznie miło brzmiącego komunikatu spróbować „wyciągnąć” dobre intencje. Powiedziała wreszcie o 10 procentach osób na świecie, którym trudniej jest poradzić sobie z porażką, za to łatwiej podciąć im skrzydła, bo są po prostu nadwrażliwe. Swoje obserwacje i przemyślenia postanowiła zawrzeć w książce „Ewka, co cię ugryzło” w takiej formie, by dotrzeć do każdego z nas. Przystępnym językiem. Pochwalę się – mam książkę, z autografem. I dumna jestem, że znam autorkę.

Wracałam do domu spokojna, ale też zamyślona. Chyba potrzebowałam potwierdzenia swoich własnych intuicyjnych przemyśleń, że ton w rozmowie ma znaczenie i że nie są to moje fanaberie. Ponadto, a może wręcz przede wszystkim, niezmiernie ucieszył mnie fakt, że pomimo upływu czasu, pewne osoby się nie zmieniają. To takie budujące. Poczułam się szczęśliwsza.

Lekturę właśnie rozpoczynam, a jeśli będzie tak ciekawa, jak spotkanie, podam ją dalej z prawdziwą przyjemnością.


Lubię takie „przypadki, nie będące dziełem przypadku”. Ważne, by umiejętnie ich wypatrywać.


Zapraszam tutaj, do naszego regionalnego portalu: http://telewizja.ox.pl/wideo,36575,ewka,-co-cie-ugryzlo-.html

niedziela, 5 marca 2017

Spróbuję

Ten wpis będzie dla mnie trudny, bo domyślam się, że każdy trochę inaczej myśli na temat tego, co naszym życiem kieruje, ale poproszę o wyrozumiałość, bo to dla mnie ważne.

Pewna przyjazna osoba, która wspiera mnie w podróży przez życie, dowiedziawszy się, w jaki sposób podpisuję swoje posty, zasugerowała, że określenie „przeczulona” nie niesie pozytywnego ładunku. Że to głównie lęki, obawy oraz skłonność do krytykowania, a że ja taka nie jestem i czy nie zechciałabym tego zmienić dla swojego przede wszystkim dobra.

Nie zachwyciła mnie taka opinia, trochę się nawet dąsałam przez parę dni, ale intensywnie myślałam, czy przypadkiem nie ma w tym twierdzeniu cienia prawdy. Podzieliłam się tematem z mężem, przyjaciółką, choć jak to zwykle bywa, główny ciężar zostawiłam do rozpracowania sobie. Im dłużej myślałam, tym bliżej byłam przyznania racji autorce całej akcji. I choć swój pseudonim zdążyłam już polubić i do niego przywyknąć (bo to kilka lat w końcu i drugi blog), zaczęłam dostrzegać to, co wcześniej było dla mnie niewidoczne. Wypowiedziałam sobie na głos „przeczulona”, próbowałam wyobrazić sobie, czy lubię przeczulone osoby w swoim towarzystwie i usłyszeć taką osobę w zderzeniu z rzeczywistością. Wyszły mi stękania, fochy i kręcenie nosem. I zrozumiałam to. Ja taka nie jestem!

Dostałam nowy pseudonim. Pod nim napisałam już wcześniejszą notatkę i powoli się z nim zaprzyjaźniam. Będę obserwować, czy ma na mnie wpływ rzeczywisty i za jakiś czas podzielę się wrażeniami na blogu.

Tymczasem przepraszam za zamieszanie, kiedy czytając u siebie komentarz od „poszukującej”, przez chwilę nie będziecie wiedzieć, co to za jedna.


Pani astrolog – dziękuję za otwieranie oczu! To dobrze robi komuś, kto myślał, że szerzej już się nie da : )



poniedziałek, 27 lutego 2017

Sztuka zgadywania

Jaki wpływ ma na życie człowieka rodzina? Czy dając dobry przykład, sprawiamy, że chce się z tego przykładu skorzystać, czy wręcz odwrotnie? Czy tworząc dobrą, szczęśliwą rodzinę, będącą w stanie wesprzeć działania młodego człowieka pomagamy mu, czy wyrządzamy krzywdę?

Taki to bagaż dźwigam ostatnio na grzbiecie. Chętnie bym go odłożyła, ale życie się za mnie nie przeżyje. Zapewne wiele jeszcze wody upłynie nim okaże się, czy moje postępowanie przynosi pełne plony, czy „robaczywki”, a ja jestem mocno niecierpliwa.

Na początku miesiąca miałam przyjemność obejrzeć „Sztukę kochania” w reżyserii Marii Sadowskiej. Spodziewałam się, że film będzie dobry, ale tak naprawdę pojęcia nie miałam o Michalinie Wisłockiej jako o człowieku z krwi i kości. Kojarzyła mi się z odwagą, wiarą w swoje przekonania, upartością i lekką ironią w spojrzeniu. To wszystko jej firmowy wizerunek zawierał. Dostałam dużo więcej. Obraz mocno poplątanej młodej kobiety, która kompletnie nie wie, jak żyć. Której praca zawodowa wypełnia szczelnie cały świat i na uczucia niemal nie ma miejsca. A nawet jeśli są – są tak pełne sprzeczności, że trudno się w nich doszukać logicznego działania. Główna bohaterka wierzyła w miłość. I chyba jedynie dzięki temu, poprzez lata burzliwych prób i doświadczeń, udawało jej się tej miłości doznać. Zarówno fizycznej, która dała jej bodziec do walki o swoją książkę, jak i tej psychicznej – przynajmniej czasami.

Skąd tu się wzięła Wisłocka? Z wywiadów z jej córką, które przy okazji postanowiłam sobie zapodać. Z córką, która matki przeważnie przy sobie nie miała. Która sama wspomina „lodówkę emocjonalną”, jaką zaserwowała jej mama. Mama, która za cel życia obrała sobie seksualną edukację Polaków (córki skądinąd też), tak naprawdę mamą była bardzo mimochodem. Tymczasem córka stworzyła rodzinę. Pełną, kochającą się, z wszelkimi jej wadami i zaletami. Związek, w którym to ona była dawcą, a biorcą mąż. Dokonała tego, choć wiele wskazywałoby na to, że nie będzie potrafiła, bo nikt jej tego nie nauczył…

I takie to życie. Przewidywalne? Do zaplanowania? Wcale nie! Stąd najprawdopodobniej wszelkie teorie typu „Jaki ojciec, taki syn”, czy „Niedaleko pada jabłko od jabłoni” biorą w łeb. Czy to źle, czy dobrze – tego nie wiem. Ale na pewno ciekawiej, jak się nie zna dalszego ciągu.


„Sztukę kochania” polecam. Cenię filmy, które zapadają w pamięć i mimo upływu czasu oraz galopującej sklerozy z niej nie znikają.

wypożyczyłam: fot. materiały prasowe dystrybutora Next Film

niedziela, 29 stycznia 2017

Podobno nie jest ważne, jak się zaczyna

Udany przepis na ferie zimowe? Dobre towarzystwo, dobra muzyka i poczucie humoru.

Kiedy zaraz początkiem roku mąż zerwał sobie więzadło nogi i na dwa tygodnie wpakowano mu nogę do gipsu, stało się jasne, że na nartach w tym sezonie moja rodzina nie pojeździ. Córka, współczując tacie ograniczeń ruchowych, odetchnęła z ulgą, bo okazało się w międzyczasie, że nie jest aż taką fanką szaleństwa na stoku, jak się nam zdawało.

Mnie to troszkę zmąciło spokój wewnętrzny, bo przywykłam, że ferie spędzam z rodziną następująco: zjadamy śniadanie, oni idą na stok, ja ich odprowadzam, opalam buzię w przelocie, potem wracam i sobie czytam, oni wracają, jemy obiad, oni idą na stok, ja czytam, a wieczorem po kolacji urządzamy turniej gier planszowych. I co tu teraz zrobić, kiedy oni … nie idą na stok!?

Po raz któryś przekonałam się, że plany są po to, żeby móc je dowolnie modyfikować oraz, że nie powinnam martwić się na zapas. Mam fajną rodzinę. Obijaliśmy się w domu, że aż miło. A kiedy mąż gips zamienił na ortezę – pojechaliśmy wymoczyć się w ciepłej wodzie.

Wspominałam, że jestem „okazem zdrowia”, który zimę toleruje kiepsko. Stąd ciepłe baseny wydały mi się idealnym rozwiązaniem. Haczyk stanowiło 150 metrów drogi, które do nich należało pokonać w gustownych szlafroczkach  na siedmiostopniowym mrozie. Moja głowa nie mogła sobie z tym poradzić, ale postanowiłam nie narzekać. Chyba zwariowałam. Owszem, planowałam w nowym roku nieco się rozruszać, ale kompletnie nie to miałam na myśli. Ale jakie to ma znaczenie!

Skoro tak dobrze zaczęłam, ciekawa jestem, co będzie dalej…








środa, 11 stycznia 2017

Prosto spod koca

Czym jest marnowanie czasu?

Siedzeniem pod kocem z laptopem na kolanach i grzebaniem w życiu innych ludzi zamiast zabrania się za swoje? Pewnie trochę tak.

Czasami przeglądaniem miejsc, co do których obiecaliśmy sobie, że już do nich nie wrócimy, bo to kompletnie nie rozwija, a tylko denerwuje i wywołuje frustracje. W końcu powiedzenie, że szkoda marnować czas na coś, na co nie mamy wpływu, to mądre powiedzenie.
Wiem to, a jednak siedzę pod kocem i grzebię w tych nierozwojowych miejscach i wydarzeniach. Trochę to niemądre. Zdaję sobie sprawę, że mogłabym mądrzej i to chyba mój główny problem dnia powszedniego.

Zaglądam czasem na pewien powszechnie znany portal społecznościowy, gdzie takich cytatów jak należy spędzić dzień dzisiejszy, ba - całe życie, by być z niego zadowolonym, jest zatrzęsienie. Aż się dziwię, że wg tych wytycznych nie żyją wlepiający te mądrości na swoje profile. Na pewno wg nich nie żyją! Gdyby się do nich stosowali, bylibyśmy dużo mądrzejszym i szczęśliwszym społeczeństwem. Skąd o tym wiem? Nie jestem lepsza!

A są lepsi? Może jest ich garstka, ale są. Może na dziesięć osób – jedna robi  to, o czym marzyła, że robić będzie. I może dlatego, że nie wszystkich dziesięć osób decyduje się na ciężką pracę, by się zrealizować, my mamy okazję dowiedzieć się o tej jednej? Tak to sobie tłumaczę i od razu mniej dręczą mnie wyrzuty sumienia.

Oglądałam wręczenie Paszportów Polityki. Czasami uda mi się trafić na taką relację – rzadko wcześniej sprawdzam, co kiedy „poleci”. Rozmarzyłam się. Przypomniałam sobie o swoich dawnych pomysłach na życie. Zazdroszczę tym, którzy potrafią zaśpiewać tak, by ktoś zechciał ich słuchać, namalować, by ktoś zechciał oglądać, czy wreszcie napisać tak, by ktoś zechciał przeczytać. Napawa mnie duma, że potrafimy tych ludzi „wyłowić” z morza innych i bardzo lubię widzieć w ich oczach zaskoczenie, czy niedowierzanie, że ktoś docenił ich subiektywne spojrzenie na świat. Ich przekaz.


Paszportu Polityki już raczej nie mam szans uzyskać – mocno przekroczyłam średnią wieku. Co nie znaczy jednak, że jak w końcu zdecyduję się wyleźć spod tego koca, to czegoś tam nie dokonam, by poczuć, że to jest właśnie to. Wszak na debiut nie ma jakiejś granicy wiekowej. Mam nadzieję…

Bo tymczasem:

czwartek, 5 stycznia 2017

Zaprzyjaźnić się z Kogutem

U schyłku starego roku pomyślałam – fajnie by było, gdyby nowy był lepszy. Żeby mi się chciało chcieć. Nie jestem dumna z ostatniego kwartału tego, co już minął. Moje chęci zakończyły się na wakacjach. A tu przyznać muszę, że Bieszczady zachwyciły mnie niezmiernie i zaprosiły na „zaś”. Pojadę, bo Połonina Wetlińska i Tarnica to dopiero przystawka, a przecież należy zaliczyć także deser. Będąc tam, na górze – aż chciało się krzyknąć „jestem panią świata”. I tam naprawdę w to wierzyłam. I może jeszcze tydzień później.

Potem zeszłam na ziemię. I wciąż po niej stąpam bardzo niepewnym i leniwym krokiem. W noworoczne popołudnie z trudem zdecydowałam się na poobiedni spacer. W myśl powiedzenia, że jaki nowy rok, taki cały rok. Ile prawdy jest w tej „mądrości życiowej” – napiszę w grudniu. Tymczasem pora zmierzyć się z tym, co przede mną.

Mija nam właśnie Rok Małpy. Jaka bywa małpa – każdy wie. Przed nami Rok Koguta. Ironia losu? Widziałam nieraz koguta w akcji. I wiem jedno – ze swojej strony dołożę wszelkich starań, żeby nie przyczynić się do jego wiecznie zadziornego, zakrzyczanego i momentami niebezpiecznego działania. Postaram się cieszyć każdym miłym drobiazgiem na swej drodze i wysyłać na zewnątrz jak najwięcej pozytywnej energii.

Nie napiszę, że będę tutaj częściej, ale bardzo bym tego chciała. Życzę sobie weny i chęci pisania. Od sierpnia się za to zabierałam. Średni wynik muszę przyznać. Ale w końcu to nie wyścigi.

Dobrego roku!