czwartek, 11 sierpnia 2016

Sterczy w głowie taki pstryczek...

Choć to nie Dzień Matki – będzie o matce. Trochę wbrew własnej woli. Bo ten blog to miała być moja przestrzeń w wirtualnym świecie. I miała być o MOIM świecie, odrębnym, własnym. Takim gdzie nie jestem matką, a kobietą w średnim wieku, która ma swoje pomysły na życie, zainteresowania, ma czas żeby przeczytać, posłuchać, pomarzyć i trochę ponarzekać. Z naciskiem na trochę. Tymczasem więcej narzekam, choć powodów chyba brak.

Jednakże, okazuje się, że jak się bardzo chce, to się znajdzie. Kiedy bowiem parę dni temu wybrałam się do pracy w długiej czarnej sukience i szarym sweterku w pełnym słońcu przy prawie trzydziestu stopniach Celsjusza, uświadomiłam sobie, że mój stan ducha utknął gdzieś na poziomie „niepokoju i ogólnego zniechęcenia”. Dotarło do mnie, że to nie tak miało być.

Cóż robi matka, kiedy już plany wakacyjne są poukładane? Otóż ona czeka, żeby dziecko zdało maturę, dostało się na studia i znalazło lokum. A kiedy już wszystko jest załatwione, kalendarz wypełniony po brzegi, młodsze dziecko wyrusza na najpiękniejsze wakacje marzeń, matka zamiast wrzucić na luz otwiera oczy ze zdumienia, że to starsze dziecko rusza w tourne objazdowe po Polsce. Bez uprzedzenia, nienakarmione, niewyprasowane, jakieś takie „niemoje”. I choć matka jest też pracownikiem i ma furę swoich obowiązków – sprawdza każdą kolejną metę oraz prognozę pogody i truchleje, kiedy ogólnopolski portal informuje o jakimś wypadku na polskich drogach.

Ten post miał być o słonecznym nadbałtyckim tygodniu, o koniach, które kocha moja córka i którym poświęca czas bez reszty na pewnym małopolskim wzgórzu. Wreszcie o wyprawie w Alpy, gdzie mieszały się ze sobą uczucie zachwytu i niepokoju, bo nagle pośrodku lata poczułam temperaturę w okolicach zera i rozkosz zamieniła się w niebezpieczne dla mojego zdrowia zimno. Nawet z nudów w takim alpejskim schronisku nauczyłam się zapisywać notatkę w komórce, bo nie byłam w stanie wspiąć się wyżej i coś przecież ze swoją samotnością musiałam począć.

Tak, aktualnie jestem matką bez dzieci. Powinnam rozkoszować się świętym spokojem, a tymczasem jedno wydarzenie niezgodne z planem wytrąciło mnie z równowagi i choć trochę już zaczęłam się starać by do niej wrócić – marnie mi idzie.

Nie bez powodu mówię wszem i wobec, że instytucja matki jest tą najbardziej przechlapaną  pod słońcem. Nie mogliśmy się z mężem doczekać dni swobody i beztroski. Tymczasem dowiedziałam się o sobie pewnej brutalnej prawdy. Nie potrafię być spontaniczna, nie umiem żyć bez kalendarza. Matka – wariatka.

„Powiedz mi, gdzie masz ten przycisk, którym mógłbym wyłączyć myślenie”  - tak zwykł mawiać mój mąż. – Gdybym to ja wiedziała!

A! Tak poza tym to wakacje mamy piękne tego roku : )