poniedziałek, 27 czerwca 2016

Dopóki tylko nogi - nogi dwie będą nosić mnie

A było tak

Poszliśmy szlakiem czerwonym z Krowiarek w pewne słoneczne sobotnie czerwcowe dopołudnie. Było nas siedem sztuk w wieku od dziewięciu do czterdziestu kilku lat. W dobrych nastrojach, z optymizmem na twarzach i zapewne w duchu też. Przynajmniej mój optymizm ogarniał nie tylko me oblicze, ale i wnętrze. Jak się bardzo szybko okazało, już niebawem zaczęło mnie ogarniać z obu wspomnianych stron coś od optymizmu znacznie odbiegającego. Bo czego mogłam spodziewać się po sobie? Najczęściej poruszam się samochodem, psychicznie też ostatnio niedomagam, wszystkim się przejmuję, wiecznie coś mnie boli. Daleko mi było do formy idealnego piechura.








Stosunkowo szybko okazało się, że jestem najsłabszym ogniwem łańcucha, nad czym ubolewam. Myślałam, że ducha wyzionę. Nasze mocno wyrozumiałe towarzystwo w żadnym momencie nie dało mi odczuć, że odstaję, za co byłam wszystkim bardzo wdzięczna.

Szlak był dosyć mocno uczęszczany tej soboty, bo pogoda okazała się łaskawa. Na trasie kilkukrotnie mijał nas miły pan z fantastycznym poczuciem humoru. Na drugim punkcie widokowym fotografowało się małżeństwo z sześciotygodniowym maleństwem w chuście. A pan po wylewie, który zmierzał do celu, jakby to było wyjście po bułki do spożywczego, był dla mnie bohaterem dnia i jednym z powodów, dla których nie poddałam się w chwili słabości.







Niedomagania ciała rekompensował mi widok córki na czele naszej ekipy. Aż wstyd przyznać, że typowałam ją na pierwszą „jęczącą księżniczkę”, a tymczasem okazała się mocnym, ciekawym natury zawodnikiem. Uruchamiała komórkę tylko po to, by pstryknąć sobie od czasu do czasu selfie w plenerze.



Zdobyliśmy Babią Górę. Wietrzną, ale słoneczną Babią Górę. Pośród soczystej zieleni kosodrzewiny, ponad plamami utworzonymi przez białoszare obłoki na tle drzew. Z widokami „z prawa i lewa” wartymi tego, by się na tę górę wygrzebać. I choć mąż nazwał nas niskopiennymi kozicami, to myślę, że z takim towarzyskim wsparciem szybko awansujemy na wyższy poziom ; )





Kochana! Dziękuję Ci za propozycję naszej wyprawy! Była mi ona w tym momencie szczególnie potrzebna. Przekierowałam myślenie na inne tory, zapomniałam na tych kilka chwil o tym, że coś tam jeszcze mnie dręczy. Jestem otwarta na kolejne takie przeżycia. Chyba powinnyśmy zsynchronizować kalendarze.






poniedziałek, 6 czerwca 2016

Porcja frustracji na dziś

Coś nie najfajniej mi ostatnio. Czuję się wszystkim przytłoczona, zmęczona i marudna. Chodzę późno spać, budzę się niewyspana, sypiam po pracy. Mam wrażenie, że mój mózg nie przyswaja wielu informacji, wolniej się uczę. Pogoda mi nie sprzyja.

Denerwują mnie ludzie. Pół biedy jak są to osoby przypadkowe, ale często są to też takie, które towarzyszyć mi będą na dłużej, albo te, na których mi zależy, bądź zależało. Wkurzają mnie drobne kłamstewka, którymi bywam czasem karmiona, a które instynktownie wyłapuję i zwyczajnie się nimi brzydzę. Zawodzą osoby, o których mogłam powiedzieć, że wiem, że im na mnie zależy. Dostrzegam, że są miłe, kiedy może im to przynieść jakąś korzyść. Myślałam, że się lubimy, a wychodzi na to, że byłam naiwna.

Z drugiej strony, za mało mam ostatnio czasu dla tych, którzy są dla mnie ważni, a innym ważnym dla mnie trochę się życie pokomplikowało/pozmieniało i z tego względu nie ma szans na częstszy kontakt.

No to „ponarzekałam”. Przepraszam. Ale w związku z tym, że w komentarzach pod moim ostatnim wpisem kilka dobrych dusz sugerowało, żeby nie dzielić się tylko tym, co dobre – więc proszę – oto ja : )

Żeby jednak nie było, że tylko biadolę! Spotkało mnie też coś bardzo przyjemnego. Nie niespodziewanie  - chciałam tego spotkania, gdzieś tak od roku 2005 chyba. Bo wtedy pierwszy raz usłyszałam piosenkę „She will be loved” i zobaczyłam do niej teledysk. Ujął mnie wokal, słowa i Kelly Preston w tytułowej roli. Było w tym „coś”. Siedziałam wtedy jak urzeczona i do dzisiaj, kiedy jakiś kanał muzyczny puszcza ten kawałek, nie pozwolę by ktoś mi przerwał oglądanie.


Byłam na koncercie. Jedenaście lat od odkrycia Maroon 5. Spostrzeżenia? Fanki odmłodniały, zespół ma sporo hitów i o wiele szerszą widownię, a wokalista pokrył się tatuażami, ale z wiekiem jeszcze wyprzystojniał. I choć nasza ekipa, w wieku już w końcu słusznym, bo poczterdziestkowym, wykupiła miejsca siedzące, to przez, a może dzięki fanklubowi, który postawił nas do pionu przy pierwszej piosence, bawiliśmy się tak, jak na kaliber zespołu przystało. Podrygując i śpiewając do ostatnich koncertowych dźwięków. Byłam na najlepszej dyskotece w swoim życiu!


Owszem, przeczytałam recenzje na ogólnopolskich portalach, owszem – były one zbieżne z moją opinią. Nie wiem jednak, co mnie skusiło, żeby przeczytać komentarze pod spodem. Mało który był rzeczowy, większość z nich to wiadro pomyj, idiotyczne bzdury, które świadczą o nas tak, jak świadczą. Mali jesteśmy, zakompleksieni i nietolerancyjni. A co chyba najgorsze – zawistni. Uważam Internet za bardzo cenny wynalazek współczesnych czasów, ale nie bardzo radzę sobie z faktem, że można w nim jako „gość” obrażać i niszczyć kompletnie wszystko i wszystkich.

Jak widać, nawet z pozytywnego zdarzenia potrafię dziś wyciągnąć negatywne wnioski, więc może lepiej będzie, jak na tym poprzestanę.


I! Najważniejsze. Po dłuższym namyśle przyznaję Wam rację. Nawet o niezdanej maturze napiszę. Choć rzecz jasna wolałabym o zdanej… : )