wtorek, 26 kwietnia 2016

Ciąg dalszy

W nawiązaniu do poprzedniego posta: Jeszcze nie jest przepięknie. Może dlatego, że za mało się staram, a może dlatego, że wszystko wymaga czasu. Kiepsko mi idzie, czasami myślę, że w miejscu stoję i niebawem poczuję to, co każdy czuje w takiej sytuacji. A mianowicie, że się cofam.

Zastanawiam się ostatnio dosyć często, gdzie jest granica pomiędzy wsparciem radą doświadczonej osoby, a zwykłym wtrącaniem się. Może nawet udałoby mi się dotrzeć do odpowiedzi i całkiem zgrabnie ułożyć zdanie na ten temat godne definicji słownikowej, gdyby nie jeden drobny szczegół. Taki oto, że do tanga trzeba dwojga. Skąd osoba A wie, że udziela cennej rady osobie B? Dowiaduje się tego dokładnie wtedy, kiedy osoba B na taką radę zareaguje. Reakcje najczęściej są dwie (może góra trzy) i na ogół diametralnie się od siebie różnią.

Nie wydaje mi się (a przynajmniej dotąd nie wydawało), że jestem typem mądrali. Jeśli coś wiem i jestem o tej wiedzy przekonana – wypowiadam się i już. Nie czuję się urażona, kiedy ktoś ośmieli się nie zgodzić z moim poglądem. Westchnę sobie, pomilczę, albo dalej przekonuję, ale biorę to „na klatę”. Dumna jestem bardzo, że najbliżsi ze mną rozmawiają i pytają o zdanie. To znaczy, że się dla nich liczę. Znam nawet niektóre sekrety niektórych najbliższych, co ułatwia życie, pomaga udzielić podpowiedzi. Usłyszałam też wręcz słowa podziękowania za wysłuchanie oraz radę. Czy może być lepszy przykład na to, że warto czasem się odezwać?

Jak życie uczy – czasem warto się przymknąć. A już na pewno warto to zrobić tak gdzieś około osiemnastego roku życia osoby, z którą dotąd najłatwiej było porozmawiać. Czas się po prostu odczepić. Dać odetchnąć i oddychać pełną piersią. I pozwolić udowodnić tej osobie, że ma się do niej zaufanie. Że skoro dotąd mówiła i słuchała, to zdążyła już nabyć „orientacji w terenie” (czytaj w życiu) i że potrafi stanowić o sobie sama.

Coś mnie z lekka ukłuło w lewej części klatki piersiowej, kiedy dowiedziałam się, że „zakleszczam” młodego człowieka w pół zdania. Że nie daję możliwości dokończenia wypowiedzi. Czy to możliwe? Niestety tak. Przeanalizowałam całą sytuację po kolei i na spokojnie. Tak, zaczynam zbliżać się niebezpiecznie blisko granicy, której obiecałam sobie nigdy nie przekroczyć. Zaczęłam przypominać kogoś, kogo dotąd z całą pewnością nie przypominałam.

Jak nietrudno się domyślić, reakcja osoby B na radę osoby A była nieoczekiwana. Osoba B z całą pewnością ma swoją definicję na pojęcie „rady”, a „wtrącenie się” dostrzega o wiele szybciej, niż wykonująca je osoba A. Poczyniłam więc postanowienie, że to nie może być o mnie. Od tamtego zdarzenia minęły dwa tygodnie starań, by nie popełnić błędu, żeby zwyczajnie nie przegiąć. Pozwalam oddychać. Nie wiedziałam, że to taka orka.





czwartek, 7 kwietnia 2016

Jeszcze będzie przepięknie


I minęły święta. Z rodziną, spacerem, nową grą planszową. I nastał tydzień, kiedy to wszystko wróciło do codziennego rytmu. A potem kolejny weekend – zachwycający piękną pogodą, zachęcający, by góry przenosić.







Przenosiłam. Oczy z jednej wiosennej piękności na drugą, gałęzie świerkowe i sosnowe z miejsca na miejsce. A potem w przypływie sił witalnych i jakiegoś niejasnego natchnienia – postanowiłam na coś się przydać. Ustawiłam się za rozdrabniaczem do gałęzi i wpychałam weń wszystkie gałęzie jak leci. Rozpierało mnie coś na kształt dumy. Że się jednak do czegoś nadaję. Że mogę pomóc.

To była sobota. W niedzielę poza palcami u rąk (ale to już nikogo nie dziwi), bolał mnie palec u nogi, a także lewy łokieć. Nie, nie tak z przesilenia, ale tak, jak na ogół dopiekają mi palce. W nocy się budzę, łykam prochy, albo smaruję kremami. Etap następny to niechęć do snu. Wtedy nie ma ryzyka, że ból mnie obudzi. Błędne koło. Rano jestem niewyspana i wściekła na cały świat. Świadomość, jak wiele ludzi cierpi na bezsenność sprawia, że myślę o sobie bardzo brzydko. Że wywołuję wilka z lasu. Skoro los pozwala mi na luksus snu – nie powinnam tego lekceważyć.

Aktualnie jestem na urlopie. Postanowiłam coś dla siebie zrobić. Ogarnąć się. Zaszłam do mojej lekarki. Kiedy w lecie opowiadałam jej, jak świetnie się czuję, zasugerowała, że mam zająć się rozwojem duchowym, bo kiedy minie czas dobry, a nadejdzie nienajlepszy – będę miała o co się oprzeć. Nie zrobiłam tego. Ja – nadczłowiek, ja – mnie to nie dotyczy! No i mam!

Zaczynam od początku, z regularnymi wizytami, dbałością o siebie także wtedy, kiedy jest dobrze, z szacunkiem do siebie, życia, otoczenia. Muszę wszystko ponazywać, żeby ruszyć w górę. Jestem przewlekle chora, jestem autoagresywna, ale jestem (dziękując szefowej za dzisiejszy przymiotnik) normalna.


Opieram się jak ten krzew ze zdjęcia o swoją bazię (bazia wie, że to o Nim mowa) – jakie to szczęście, że jest.