wtorek, 22 marca 2016

O kochaniu siebie

Wymieniona, pachnąca pościel, świeże firanki w umytych oknach, psie posłanie w ostatniej fazie wirowania – ot, bilans przypadkowego urlopu. Nie jestem kobietą tradycyjną. Na ogół sprzątam pod wpływem impulsu, kiedy mnie natchnie. Tym razem jednak popłynęłam z prądem. Nie żałuję. Lżej mi się oddycha, kolory ożyły, nawet burość zza okna nie zniechęca do życia.

No i fajnie, że się zdecydowałam. Kto wie, kiedy będzie kolejna ku temu okazja, kolejny bodziec jakiś. Tymczasem spoglądam na gazetkę sklepową, która jeszcze wczoraj irytowała mnie swoją obecnością. Może ją nawet obejrzę, jakąś listę sporządzę, jakiś ciekawy zestaw kulinarny przyjdzie mi do głowy. A po kolacji, kiedy cisza zapadnie wśród czterech ścian – może nawet obetnę wełnę na moim kochanym, acz sfilcowanym psiaku.

„Love yourself” śpiewa właśnie Justin Bieber. Na ogół, kiedy "siebie kocham" – jestem pogrążona w błogim lenistwie, obmyślam jakieś próżne zajęcie tylko siebie mając na myśli. Tymczasem, kiedy taka zmachana siedzę i oglądam oraz wącham efekty całodniowej pracy, z radością myślę, że taką siebie też kocham. Jakiś nowy etap w mojej wędrówce przez życie. Czemu nie?


Może dzięki temu, pomimo braku widocznych symptomów, wiosna jednak nadejdzie. Kto wie, może święta też?



wtorek, 8 marca 2016

O długość paznokcia

Lubię  drobne upominki wynikające z przeróżnych uroczystości. Stąd nietrudno dociec, że i Dzień Kobiet nie jest dla mnie dniem, który odszedł w niebyt wraz z minioną epoką, bo uważam, że każda okazja jest dobra, żeby dać odczuć drugiej osobie, że się o niej pamięta. Pech jednak chciał, że zdrowie trochę zagrało mi na nosie i od mniej więcej tygodnia daje tak popalić, że czuję się wszystkim, tylko nie kobietą.

Kobieta to takie stworzenie, co to go mężczyzna (a czasem inna kobieta) koniecznie potrzebuje do życia, bo tak ono (to życie) zostało ułożone. Przeważnie różni się od płci przeciwnej na tyle, żeby była dla niej interesująca. Ostatnio czuję, że nie jestem. Nie chodzi tu o męski punkt widzenia, ale o mój osobisty.

Kobieta na pierwszy rzut oka budzi zainteresowanie swoją atrakcyjną powierzchownością. Zawsze to lubiłam. Interesowało mnie co kogo jest w stanie zaciekawić, sprowokować do spojrzenia, zagadania. Choć ta ostatnia czynność rodzi niebezpieczeństwo, że obiekt westchnień może nie mieć nic więcej do zaoferowania i czar pryska.

Zwykło się powtarzać, że piękno ucieka i że nie jest to dobry sposób patrzenia na kobietę, no ale przecież na piękną łatwiej. Czy ktoś się ze mną nie zgodzi? Wątpię.

Mówiąc szczerze, przez całe moje młode życie uważałam, że trampki, jeansy i fajny T-shirt są wystarczająco ciekawym zestawem, a miły uśmiech dopełnia całości i tak sobie całkiem spokojnie funkcjonowałam, zadowolona z życia. Czasem dorzuciłam jakiś żakiet, czy but na obcasie, podkreśliłam oko i nadal czułam się dobrze w swojej skórze. Niepotrzebne mi były kosmetyki kolorowe, hit sezonu co sezon. Paznokcie utrzymywałam w stanie naturalnym, choć czasem pod wpływem chwilowego „stresa”, traktowałam je zębami. Zdarzyło mi się raz czy dwa kupno lakieru bezbarwnego, ale był to chwilowy kaprys.

Dzisiaj niezbędnym elementem codziennych zabiegów pielęgnacyjnych stał się manicure - ważny prawie tak bardzo jak mycie zębów, czy rąk. Bez odpowiedniego kształtu, czy koloru paznokcia nie wypada pokazywać się w towarzystwie. Ja najczęściej noszę rękawiczki. Nie znam większości nazw środków, którymi wypada je pielęgnować. To zmiękcza, tamto zsuwa, a to utwardza. Można mieć paznokcie żelowe, manicure francuski, pięć milionów odmian tipsów, a gama kolorystyczna lakierów nie ma końca.

Jak wspominałam, ciężko mi ostatnio. Moje dłonie to obraz rozpaczy. Jest to tylko jeden z objawów schorzenia, z którym od lat się zaprzyjaźniam. Zmiany pogodowe, czy sytuacje stresowe „ułatwiają” mojej skórze odbieranie niewielkich przypadkowych uderzeń jako ropne rany, które długo i boleśnie się goją. Cały weekend spędziłam pod kocem w bezpiecznej odległości od domowników, by o nic nie zawadzić i nie zwiększyć bólu. Nie zrobiłam nic, bo mało co da się zrobić bez użycia rąk. Na dziesięć palców, cztery aktualnie wyłączone są z użytku. Paznokcie w stadium szczątkowym z trudem amortyzują ewentualne urazy. Czuję się podle. Staram się skupiać całą uwagę na pięknych kwiatach w wazonie, ale średnio mi to wychodzi.

Tak sobie ostatnio rozmyślam, że nie tego się po sobie spodziewałam. Nie tego, że bardziej od ciekawej książki, będzie mnie dzisiaj ciągnęło do wystawy sklepowej z małymi kolorowymi flakonikami. Śmieszy mnie to. I boli zarazem. Przecież dotąd byłam ponad TO.

Ale mnie wzięło na zwierzenia.

Jednak nie całkiem przy tym tekście zgorzkniałam, skoro chce mi się mimo wszystko życzyć wszystkim znajomym i nieznajomym paniom wszystkiego przyjemnego i pięknego w dniu ich święta!