niedziela, 24 stycznia 2016

Piękny wiek...

Zmarł Bogusław Kaczyński. Człowiek wiedza, człowiek kultura, człowiek pasja. Dla mojego pokolenia był postacią, którą każdy znał. I choć to nie ten gatunek muzyczny, nie ta wrażliwość – był znany tak samo jak na przykład Maryla Rodowicz. Ale ja nie o tym dzisiaj chciałam.

Trzy lata temu umarł mój tata. Miał 71 lat. Czy to dużo? Czy mało? Na pewno dla najbliższych, to za szybko, ale … Zdałam sobie sprawę, że nie ma wieku, kiedy ten moment okazałby się „w sam raz”. I tak, moja z reguły przytomna mama od tych trzech lat, kiedy słyszy, że ktoś umiera przed osiemdziesiątką, powtarza – taki młody, jeszcze dziesięć mógłby pożyć. Ja mam szereg wątpliwości. Bo taki pan Bogusław przeżył lat 73. W ciągu tych wszystkich dni realizował swoje pasje, zyskał uznanie, ale przede wszystkim robił to, co kochał, co pozwalało mu być szczęśliwym człowiekiem. Załóżmy, że przeżył ten drugi udar i został nie w pełni sprawny. Czy na pewno przykuty do łóżka nadal delektowałby się życiem? Nie jestem pewna. Mam na ten temat swoją teorię, według której nie długość się liczy, a jakość. Żeby żyć tak, jak się pragnie, w towarzystwie ludzi, których się kocha i kilku takich, którzy wkurzają, bo dzięki nim aż chce się pokazać, że nie mają racji i że wbrew temu, czego oni ci życzą – i tak dopniesz swego.

Widzieć, jak rosną i kształtują się wasze dzieci, jak rozwija się twój związek. Jak z biegiem czasu ewoluują wasze poglądy, podejmujecie się nowych wyzwań,  jak wasze ciała nabierają zarówno rysów jak i rys, włosy zmieniają kolor. To wszystko to takie marzenie, które może, ale nie musi się spełnić. Bo warunkują je przynajmniej dwa czynniki. Po pierwsze, musicie się nadal przynajmniej ze sobą przyjaźnić, a po drugie – nie możecie być dla tej drugiej osoby kulą u nogi.

Ja już bywam. Nie dlatego, że zdarza mi się marudzić i uprzykrzać życie najbliższym, choć to prawda, ale dlatego, że jestem chora. Nie od wczoraj, czy od miesiąca, a od ponad dwudziestu lat. Na przestrzeni owych dałam już wszystkim nieraz w kość i wiem, że zdarzało im się w ostatniej chwili zamknąć buzię, żeby nie zranić moich uczuć, choć bardzo mi się należało. Mojemu życiu towarzyszy ból. Jestem z nim już za pan brat. Ale kiedy przez miesiąc zdarza mi się go nie czuć – zapominam, jak to jest kiedy boli. Kiedy nagle potem coś „gruchnie”, to czuję, że „wszystko ma swój czas”.

I wiem jedno. Teraz, bo kiedy przyjdzie co do czego, to może zmienię zdanie. Wolałabym przeżyć intensywnie najbliższy czas. Zrobić to, co wiem, że muszę i to, o czym marzę teraz, kiedy mam jeszcze na to siłę i ochotę. I nie będę się upierała, żeby żyć jak najdłużej. Bo nie potrzebuję, żeby ktoś rozmawiając na mój temat z kimś innym z niedowierzaniem kręcił głową, że to taki piękny wiek. Mam w nosie piękny wiek, kiedy będzie trzeba pilnować mnie całą dobę, nie mówiąc już o innych aspektach opieki. Piękny wiek to taki, w którym znajduje się człowiek, kiedy z przyjemnością pomyśli o sobie i świecie, który go otacza.


Myślę, że Bogusław Kaczyński miał piękne życie. Zakończyło się w momencie, kiedy jeszcze mógł tak o nim pomyśleć. Też bym tak chciała.


sobota, 9 stycznia 2016

Rzecz gustu

Zauważyłam jakiś czas temu, że jeśli uczestniczę w jakimś ciekawym wydarzeniu, to lubię, żeby poza wspomnieniami w mojej głowie, sercu, pamięci – został jakiś ślad na papierze. Są sprawy warte tego, żeby podzielić się nimi ze światem – może i świat skorzysta – któż to wie? To miało miejsce pod koniec ubiegłego roku, kiedy nie istniałam w wirtualnym świecie. Na początek kilka słów wstępu.

Kilka lat temu przeczytałam na jednym z portali informacyjnych pośród wydarzeń z kraju, że „najprzystojniejszy muzyk świata zagra w Polsce”. Zajrzałam dalej z czystej ciekawości. Mogłabym zgadywać w nieskończoność, a i tak nie odpowiedziałabym prawidłowo. Bo człowieka po prostu nie znałam. Po pierwsze dlatego, że jazz nie jest moim ulubionym gatunkiem muzycznym, po drugie – moja wiedza nt. muzyki klasycznej także zbyt szeroka nie jest. Tym przystojnym muzykiem okazał się amerykański trębacz – Chris Botti. Powierzchownie oceniłam go dobrze i zagłębiłam się w lekturze. Moją ciekawość wzmógł fakt, że moje dziecko w tamtym czasie właśnie na trąbce grało. Poszukałam sobie w sieci utworów przystojniaka i ze zdumieniem stwierdziłam, że da się pomimo miłości do klasyki popełnić jakiś kompromis i stworzyć coś, co sprawiłoby, że takim instrumentem jak trąbka zainteresuje się zwykły człowiek, a nie tylko stały bywalec filharmonii. Już po kilku dniach jego muzyka zagościła u nas.

Poza utworami, które wymagają zaangażowania postanowił wpleść do repertuaru kilka lżejszych kawałków, ocierających się niebezpiecznie o muzykę popularną. Do współpracy zaprasza znanych artystów jazzowych, rockowych i popowych i wspólnie tworzą na scenie niepowtarzalną mieszankę klimatyczną. Instrumentaliści, którzy mu towarzyszą są mistrzami w swoich dziedzinach i nawet ich popisy solowe spotykają się z niesamowicie ciepłym przyjęciem przez publiczność. Nic więc dziwnego, że widząc w sieci takie obrazki – postanowiliśmy po kilku latach sprawdzić, jak to jest „na żywo”.

Mogłabym uczestniczyć w takich przedsięwzięciach bez końca. Po pierwsze, centrum kongresowe (ICE) w Krakowie to obiekt idealnie nadający się do tego. Nowoczesny, pojemny, z dobrą akustyką. A bohater wieczoru – nienagannie ubrany, profesjonalny, gościnny i dowcipny. Stworzył niezwykły klimat muzyczno – towarzyski. Żadnego zadęcia, manii wyższości. Przecudna muzyka, magiczna atmosfera, niewymuszony kontakt z publicznością – to chyba komplet, po który człowiek wybiera się na koncert. Kiedy to dostanie – powinien informację „puścić” w obieg. Nie każdy artysta może poszczycić się pozytywną recenzją z koncertu.


Czy Chris Botti jest „najprzystojniejszym muzykiem świata” – to rzecz gustu. Ostatecznie to nie wybory mistera. Kwestią gustu jest też słuchana przez każdego muzyka. Miałam potrzebę napisania o swoich doznaniach. Już mi lepiej. Zapraszam do posłuchania. Czuję, że się spodoba. 


środa, 6 stycznia 2016

Siedem minut

Z ostatnich wakacji wróciłam pełna najpiękniejszych wspomnień. Byłam tam, gdzie chciałam, z towarzystwem, którym chciałam, zobaczyłam prawie wszystko, co chciałam, sporo odpoczęłam i niemało zjadłam. Żyłam tymi wspomnieniami jakieś trzy miesiące i tak mi z tym było przyjemnie na sercu, że kiedy po tych trzech miesiącach spojrzałam w końcu w lustro  – okazało się, że jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności stało się niemożliwe. Przytyłam. Na blogu, który musiałam zamknąć opowiadałam, jak duże mam problemy z przytyciem i że liczę na to, że po czterdziestce wraz ze spowolnieniem metabolizmu coś niecoś mi się odłoży. I mijał czas i nic. I doszłam już do przekonania, że mnie to chyba dotyczyć nie będzie. A tu jednak – dotknęło. Osłupiałam spoglądając w lustro i na wagę łazienkową też. Bo waga wzrosła o cztery kilogramy, a miejsce dolinki brzusznej zajął teren pagórkowaty. I co z tym fantem zrobić? Może nie tyle z wagą, a z pagórkiem? Nigdy w życiu nie spotkałam się z taką sytuacją. Obce są mi diety, a i ruchu regularnie nie zażywam.

Poczytałam kilka ciekawych stron ratunkowych i doszłam do wniosku, że kilka ćwiczeń brzucha dziennie powinno załatwić sprawę. Szkopuł w tym, że z systematycznością jestem na bakier. Postanowiłam jednak, że coś dla siebie wynajdę.

Całkiem niespodziewanie z pomocą przyszedł mąż, demonstrując mi aplikację z zestawem ćwiczeń, które co dzień zajmują jedyne siedem minut. Uśmiechnęłam się w duchu. Nareszcie coś dla mnie, a o siedem minut mniej gdziekolwiek indziej nie zostanie nawet zauważone. Pełna zapału postanowiłam spróbować przy aktywnym udziale całej rodziny.

Podsumuję. Nie potrafię zrobić prawidłowej pompki, tak zwanych brzuszków również nie. Z trudem wykonuję prawie poprawny przysiad i bieg w miejscu. Pojęcie „deski” tylko z pozoru oznacza przedmiot leżący bezmyślnie odłogiem, a „krzesło” pod ścianą nie ma nic wspólnego z wygodą. Wyginając rękę w pewien nieznany mi dotąd sposób  - znalazłam triceps. Skoro dotąd go nie czułam, to czy to znaczy, że go nie używałam?


Stoję przed dylematem. Czy pozwolić pagórkowi na zadomowienie się u mnie na stałe, na co ostatecznie pozwala sobie większość kobiet w moim wieku, czy podjąć męską decyzję o siedmiu okupionych bólem minutach dziennie. Czy w ogóle istnieje możliwość wprowadzenia takiego planu w życie, kiedy dotąd pojęcie „systematyczność” znałam jedynie ze słyszenia? Decyzję podejmę jutro, kiedy aplikacja w telefonie wezwie mnie „do boju”.


sobota, 2 stycznia 2016

Refleksja o czasie – na czasie


I nastał nam na kolejne trzysta dni z dużym hakiem całkiem nowy rok. Nie ekscytuję się tym zbytnio, bo po czterdziestce zaobserwowałam, że zanim dobrze się rozpędzę, poukładam plany i sprecyzuję, co ważne, a co trochę mniej – to już szukać będę kolejnych upominków pod choinkę, a będzie to mniej więcej dwudziestego grudnia. Tak, zdecydowanie łatwiej ja potrafię doczekać się na wydarzenie marzeń, niż syn na swoją osiemnastkę, czy córka na kolejny wtorek z jazdą konną w tle. Moje życie pędzi, choć ja usilnie staram się przyhamowywać niektóre jego fragmenty…

W pewien świąteczny poranek, kiedy to święty spokój ogarniał cały dom, czyściłam zbiornik na kawę, będący częścią składową ekspresu ciśnieniowego. Czyściłam z zacięciem. Nie lubię tej czynności, ale jeszcze bardziej nie lubię, kiedy tkwi ona brudna w ekspresie, a kawa jest już dawno wypita. I taka mnie naszła refleksja, że urządzenie to pomimo szumnej nazwy, niewiele ma wspólnego z ekspresem. Bo taki na przykład pociąg ekspresowy ma za zadanie dowieźć człowieka do celu szybciej niż zwykły osobowy. List ekspresowy dochodził do adresata szybciej. Jak się to ma do ekspresu ciśnieniowego – trudno dociec, bo:


  •  umieszczając w pojemniczku kawę muszę wykazać się nie lada precyzją, żeby jej drobinki znalazły się tylko wewnątrz, a nie na blacie, co z kolei powinnam natychmiast sprzątnąć, bo nie wypiję spokojnie kawy patrząc na ciemne punkciki na beżowym tle;
  •  jeśli zapraszam gości – muszę liczyć się z tym, że spędzę w kuchni dłuższy czas, bo za takim jednym razem ekspres zdąży „nakapać” kawy na dwie filiżanki wielkości naparstka, co jest dość irytujące;
  • wyczyszczenie pojemnika na kawę wymaga ode mnie sięgnięcia po jakiś ostry przedmiot, który ułatwi wyskrobanie zawartości do końca, a jednocześnie zwiększonej uwagi, żeby nie uszkodzić uszczelki mieszczącej się wewnątrz;
  • ten punkt dotyczy osób, które na specjalne życzenie potrafią jeszcze spienić mleko i wykonać milion dodatkowych „upiększaczy”, by zadowolić amatora kawy. Ja nie jestem zdolna do takich poświęceń, ale każde zaangażowanie doceniam i podziwiam.

Ekspres do kawy na świecie zyskał popularność w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku. Wtedy prześcigano się w tworzeniu sprzętów, które ułatwiają nam życie. Jednakże w związku z tym, że dzisiaj mamy taką ilość przedmiotów super szybkich, których zwyczajnie nie mamy czasu użyć – bo super szybko żyjemy – zgłaszam postulat, żeby ekspresowi ciśnieniowemu zmienić nazwę. Na choćby „strażnika domowego ogniska”, czy powiedzmy „budowniczego nastroju”, a może po prostu „trenera ludzkiej cierpliwości”. No bo naprawdę nie jestem w tym momencie w stanie wymienić drugiego współczesnego wynalazku, który tak skutecznie sprawia, że zamiast gnać - celebrujemy chwilę przyjemności.

Żeby było jasne – nie pijam kawy z ekspresu ciśnieniowego. Jest dla mnie zbyt mocna, jakkolwiek nie starałabym się jej mniej nasypać. Preferuję ekspres przelewowy, bo prościej go obsłużyć i wymienić zużyty filtr. Na dodatek absolutnie niczego nie spowalnia i miano ekspresu naprawdę mu się należy. A kiedy brak mi czasu – delektuję się swoją ulubioną, niezdrową kawą rozpuszczalną. Celebruję chwilę nieco inaczej. Czytam książki w papierowej formie, przygotowuję sobie składanki ulubionej muzyki, spędzam z mężem wieczory przy winie, a kiedy otrzymuję życzenia świąteczne sms-em – na każdy odpowiadam indywidualnie. I zawsze wstyd mi wtedy, że nie zdążyłam wysłać tradycyjnej kartki.