czwartek, 11 sierpnia 2016

Sterczy w głowie taki pstryczek...

Choć to nie Dzień Matki – będzie o matce. Trochę wbrew własnej woli. Bo ten blog to miała być moja przestrzeń w wirtualnym świecie. I miała być o MOIM świecie, odrębnym, własnym. Takim gdzie nie jestem matką, a kobietą w średnim wieku, która ma swoje pomysły na życie, zainteresowania, ma czas żeby przeczytać, posłuchać, pomarzyć i trochę ponarzekać. Z naciskiem na trochę. Tymczasem więcej narzekam, choć powodów chyba brak.

Jednakże, okazuje się, że jak się bardzo chce, to się znajdzie. Kiedy bowiem parę dni temu wybrałam się do pracy w długiej czarnej sukience i szarym sweterku w pełnym słońcu przy prawie trzydziestu stopniach Celsjusza, uświadomiłam sobie, że mój stan ducha utknął gdzieś na poziomie „niepokoju i ogólnego zniechęcenia”. Dotarło do mnie, że to nie tak miało być.

Cóż robi matka, kiedy już plany wakacyjne są poukładane? Otóż ona czeka, żeby dziecko zdało maturę, dostało się na studia i znalazło lokum. A kiedy już wszystko jest załatwione, kalendarz wypełniony po brzegi, młodsze dziecko wyrusza na najpiękniejsze wakacje marzeń, matka zamiast wrzucić na luz otwiera oczy ze zdumienia, że to starsze dziecko rusza w tourne objazdowe po Polsce. Bez uprzedzenia, nienakarmione, niewyprasowane, jakieś takie „niemoje”. I choć matka jest też pracownikiem i ma furę swoich obowiązków – sprawdza każdą kolejną metę oraz prognozę pogody i truchleje, kiedy ogólnopolski portal informuje o jakimś wypadku na polskich drogach.

Ten post miał być o słonecznym nadbałtyckim tygodniu, o koniach, które kocha moja córka i którym poświęca czas bez reszty na pewnym małopolskim wzgórzu. Wreszcie o wyprawie w Alpy, gdzie mieszały się ze sobą uczucie zachwytu i niepokoju, bo nagle pośrodku lata poczułam temperaturę w okolicach zera i rozkosz zamieniła się w niebezpieczne dla mojego zdrowia zimno. Nawet z nudów w takim alpejskim schronisku nauczyłam się zapisywać notatkę w komórce, bo nie byłam w stanie wspiąć się wyżej i coś przecież ze swoją samotnością musiałam począć.

Tak, aktualnie jestem matką bez dzieci. Powinnam rozkoszować się świętym spokojem, a tymczasem jedno wydarzenie niezgodne z planem wytrąciło mnie z równowagi i choć trochę już zaczęłam się starać by do niej wrócić – marnie mi idzie.

Nie bez powodu mówię wszem i wobec, że instytucja matki jest tą najbardziej przechlapaną  pod słońcem. Nie mogliśmy się z mężem doczekać dni swobody i beztroski. Tymczasem dowiedziałam się o sobie pewnej brutalnej prawdy. Nie potrafię być spontaniczna, nie umiem żyć bez kalendarza. Matka – wariatka.

„Powiedz mi, gdzie masz ten przycisk, którym mógłbym wyłączyć myślenie”  - tak zwykł mawiać mój mąż. – Gdybym to ja wiedziała!

A! Tak poza tym to wakacje mamy piękne tego roku : )











wtorek, 5 lipca 2016

Donoszę

Mamy to! Matura za nami, zdana pomyślnie. Nie żeby zaraz cudownie, ale całkiem przyzwoicie.
Z matki wariatki stres powoli opada, w czym pomaga kieliszek porto.

Tymczasem planuję spokojną noc, a jutro wracam do żywych. Uruchamiam aktywność ducha i ciała. Obiecuję poczytać Wasze notki, a także uzupełnić komentarze, na które dotąd nie mogłam wykrzesać odrobiny czegoś na kształt weny twórczej, czy złotej myśli. 

Dorzucę trochę fajnej gimnastyki, włączę płytę w włoskim, która zakurzona leży ... nawet nie wiem gdzie.

A potem - powitamy rodzinnie pewną uroczą nadbałtycką miejscowość i będę mogła oddać się zasłużonej labie. 

Przedstawiam jednego z członków (a raczej członkiń) naszej ekipy, który też już nie może się doczekać wakacyjnej przygody :- )


poniedziałek, 27 czerwca 2016

Dopóki tylko nogi - nogi dwie będą nosić mnie

A było tak

Poszliśmy szlakiem czerwonym z Krowiarek w pewne słoneczne sobotnie czerwcowe dopołudnie. Było nas siedem sztuk w wieku od dziewięciu do czterdziestu kilku lat. W dobrych nastrojach, z optymizmem na twarzach i zapewne w duchu też. Przynajmniej mój optymizm ogarniał nie tylko me oblicze, ale i wnętrze. Jak się bardzo szybko okazało, już niebawem zaczęło mnie ogarniać z obu wspomnianych stron coś od optymizmu znacznie odbiegającego. Bo czego mogłam spodziewać się po sobie? Najczęściej poruszam się samochodem, psychicznie też ostatnio niedomagam, wszystkim się przejmuję, wiecznie coś mnie boli. Daleko mi było do formy idealnego piechura.








Stosunkowo szybko okazało się, że jestem najsłabszym ogniwem łańcucha, nad czym ubolewam. Myślałam, że ducha wyzionę. Nasze mocno wyrozumiałe towarzystwo w żadnym momencie nie dało mi odczuć, że odstaję, za co byłam wszystkim bardzo wdzięczna.

Szlak był dosyć mocno uczęszczany tej soboty, bo pogoda okazała się łaskawa. Na trasie kilkukrotnie mijał nas miły pan z fantastycznym poczuciem humoru. Na drugim punkcie widokowym fotografowało się małżeństwo z sześciotygodniowym maleństwem w chuście. A pan po wylewie, który zmierzał do celu, jakby to było wyjście po bułki do spożywczego, był dla mnie bohaterem dnia i jednym z powodów, dla których nie poddałam się w chwili słabości.







Niedomagania ciała rekompensował mi widok córki na czele naszej ekipy. Aż wstyd przyznać, że typowałam ją na pierwszą „jęczącą księżniczkę”, a tymczasem okazała się mocnym, ciekawym natury zawodnikiem. Uruchamiała komórkę tylko po to, by pstryknąć sobie od czasu do czasu selfie w plenerze.



Zdobyliśmy Babią Górę. Wietrzną, ale słoneczną Babią Górę. Pośród soczystej zieleni kosodrzewiny, ponad plamami utworzonymi przez białoszare obłoki na tle drzew. Z widokami „z prawa i lewa” wartymi tego, by się na tę górę wygrzebać. I choć mąż nazwał nas niskopiennymi kozicami, to myślę, że z takim towarzyskim wsparciem szybko awansujemy na wyższy poziom ; )





Kochana! Dziękuję Ci za propozycję naszej wyprawy! Była mi ona w tym momencie szczególnie potrzebna. Przekierowałam myślenie na inne tory, zapomniałam na tych kilka chwil o tym, że coś tam jeszcze mnie dręczy. Jestem otwarta na kolejne takie przeżycia. Chyba powinnyśmy zsynchronizować kalendarze.






poniedziałek, 6 czerwca 2016

Porcja frustracji na dziś

Coś nie najfajniej mi ostatnio. Czuję się wszystkim przytłoczona, zmęczona i marudna. Chodzę późno spać, budzę się niewyspana, sypiam po pracy. Mam wrażenie, że mój mózg nie przyswaja wielu informacji, wolniej się uczę. Pogoda mi nie sprzyja.

Denerwują mnie ludzie. Pół biedy jak są to osoby przypadkowe, ale często są to też takie, które towarzyszyć mi będą na dłużej, albo te, na których mi zależy, bądź zależało. Wkurzają mnie drobne kłamstewka, którymi bywam czasem karmiona, a które instynktownie wyłapuję i zwyczajnie się nimi brzydzę. Zawodzą osoby, o których mogłam powiedzieć, że wiem, że im na mnie zależy. Dostrzegam, że są miłe, kiedy może im to przynieść jakąś korzyść. Myślałam, że się lubimy, a wychodzi na to, że byłam naiwna.

Z drugiej strony, za mało mam ostatnio czasu dla tych, którzy są dla mnie ważni, a innym ważnym dla mnie trochę się życie pokomplikowało/pozmieniało i z tego względu nie ma szans na częstszy kontakt.

No to „ponarzekałam”. Przepraszam. Ale w związku z tym, że w komentarzach pod moim ostatnim wpisem kilka dobrych dusz sugerowało, żeby nie dzielić się tylko tym, co dobre – więc proszę – oto ja : )

Żeby jednak nie było, że tylko biadolę! Spotkało mnie też coś bardzo przyjemnego. Nie niespodziewanie  - chciałam tego spotkania, gdzieś tak od roku 2005 chyba. Bo wtedy pierwszy raz usłyszałam piosenkę „She will be loved” i zobaczyłam do niej teledysk. Ujął mnie wokal, słowa i Kelly Preston w tytułowej roli. Było w tym „coś”. Siedziałam wtedy jak urzeczona i do dzisiaj, kiedy jakiś kanał muzyczny puszcza ten kawałek, nie pozwolę by ktoś mi przerwał oglądanie.


Byłam na koncercie. Jedenaście lat od odkrycia Maroon 5. Spostrzeżenia? Fanki odmłodniały, zespół ma sporo hitów i o wiele szerszą widownię, a wokalista pokrył się tatuażami, ale z wiekiem jeszcze wyprzystojniał. I choć nasza ekipa, w wieku już w końcu słusznym, bo poczterdziestkowym, wykupiła miejsca siedzące, to przez, a może dzięki fanklubowi, który postawił nas do pionu przy pierwszej piosence, bawiliśmy się tak, jak na kaliber zespołu przystało. Podrygując i śpiewając do ostatnich koncertowych dźwięków. Byłam na najlepszej dyskotece w swoim życiu!


Owszem, przeczytałam recenzje na ogólnopolskich portalach, owszem – były one zbieżne z moją opinią. Nie wiem jednak, co mnie skusiło, żeby przeczytać komentarze pod spodem. Mało który był rzeczowy, większość z nich to wiadro pomyj, idiotyczne bzdury, które świadczą o nas tak, jak świadczą. Mali jesteśmy, zakompleksieni i nietolerancyjni. A co chyba najgorsze – zawistni. Uważam Internet za bardzo cenny wynalazek współczesnych czasów, ale nie bardzo radzę sobie z faktem, że można w nim jako „gość” obrażać i niszczyć kompletnie wszystko i wszystkich.

Jak widać, nawet z pozytywnego zdarzenia potrafię dziś wyciągnąć negatywne wnioski, więc może lepiej będzie, jak na tym poprzestanę.


I! Najważniejsze. Po dłuższym namyśle przyznaję Wam rację. Nawet o niezdanej maturze napiszę. Choć rzecz jasna wolałabym o zdanej… : )

piątek, 6 maja 2016

W cieniu

Potrafię czasem wymądrzać się na temat życia chwilą, czerpania z jego uroków itd. Nie czynię tego bez powodu – znam to i naprawdę jestem w tym dobra. Są jednak w życiu człowieka takie chwile, kiedy zastosowałby się do tych złotych myśli z wielką ochotą, a jednak coś go blokuje.

Mamy maj, za nami majówka. Dla mnie jednak w tym roku, „m” jak majówka oznacza też byciem „m” jak mama, w okresie arcyciekawym jakim jest „m” jak matura.

I choć starając się uczcić majowy weekend czymś więcej niż flagą na balkonie, spędziłam miły wieczór w miłym towarzystwie poza domem, byłam w kinie, w górach oraz na basenie w gronie bliskich osób, gościłam też rodzinę na grillu oraz słuchałam tylko polskiej muzyki w radiowej trójce – to gdzieś tam z tyłu głowy przelatywały mi nieskalane nauką trzy lata liceum pewnego dorosłego człowieka.

Owszem, miałam takie momenty, że rozkoszowałam się czekoladą na gorąco oraz ginem z tonikiem, owieczkami na łące, kaczeńcami wzdłuż leśnego rowu. Poprosiłam męża, żeby uwiecznił na zdjęciu kurę – dalmatyńczyka – co jednak świadczy o tym, że rozglądałam się wokół. Dałam się też wyprzedzić w ilości wypowiadanych słów na minutę młodemu pokoleniu na górskim szlaku. Miałam czas na babskie pogaduchy oraz pozwoliłam się porwać rwącej rzece na pewnym świeżo odkrytym kąpielisku. Wszystko to sprzyjało i refleksjom i wybuchom śmiechu. Można by rzec – chwytałam dzień z całych sił.

Jednakże, ukryć nie potrafię, że to wszystko nie pozwoliło mi zapomnieć, że matura z polskiego już blisko…

Tymczasem dziś jest już po. Po polskim, matmie i angielskim. Pisemnym. Co przed nami? Matma rozszerzona oraz wszystko ustne, co się tylko da. A ponieważ wyniki matury pisemnej będą znane początkiem lipca – postaram się bardzo, żeby nikt poza Wami tutaj nie dostrzegł mojego podenerwowania. Będę sobie wyluzowana i żyjąca chwilą tak mocno, jak tylko potrafię.

I umówię się z Wami, że jeśli wszystko pójdzie dobrze – radośnie wszystkich o tym poinformuję. Gdyby jednak coś nie wyszło – pominę ten temat milczeniem, zagłuszając go czymś wielobarwnym i pozytywnym. Proszę trzymać kciuki i nie zadawać niewygodnych pytań początkiem lipca. 

Tymczasem ciepło pozdrawiam, pozostawiając po majówce jednak jakiś ślad.











wtorek, 26 kwietnia 2016

Ciąg dalszy

W nawiązaniu do poprzedniego posta: Jeszcze nie jest przepięknie. Może dlatego, że za mało się staram, a może dlatego, że wszystko wymaga czasu. Kiepsko mi idzie, czasami myślę, że w miejscu stoję i niebawem poczuję to, co każdy czuje w takiej sytuacji. A mianowicie, że się cofam.

Zastanawiam się ostatnio dosyć często, gdzie jest granica pomiędzy wsparciem radą doświadczonej osoby, a zwykłym wtrącaniem się. Może nawet udałoby mi się dotrzeć do odpowiedzi i całkiem zgrabnie ułożyć zdanie na ten temat godne definicji słownikowej, gdyby nie jeden drobny szczegół. Taki oto, że do tanga trzeba dwojga. Skąd osoba A wie, że udziela cennej rady osobie B? Dowiaduje się tego dokładnie wtedy, kiedy osoba B na taką radę zareaguje. Reakcje najczęściej są dwie (może góra trzy) i na ogół diametralnie się od siebie różnią.

Nie wydaje mi się (a przynajmniej dotąd nie wydawało), że jestem typem mądrali. Jeśli coś wiem i jestem o tej wiedzy przekonana – wypowiadam się i już. Nie czuję się urażona, kiedy ktoś ośmieli się nie zgodzić z moim poglądem. Westchnę sobie, pomilczę, albo dalej przekonuję, ale biorę to „na klatę”. Dumna jestem bardzo, że najbliżsi ze mną rozmawiają i pytają o zdanie. To znaczy, że się dla nich liczę. Znam nawet niektóre sekrety niektórych najbliższych, co ułatwia życie, pomaga udzielić podpowiedzi. Usłyszałam też wręcz słowa podziękowania za wysłuchanie oraz radę. Czy może być lepszy przykład na to, że warto czasem się odezwać?

Jak życie uczy – czasem warto się przymknąć. A już na pewno warto to zrobić tak gdzieś około osiemnastego roku życia osoby, z którą dotąd najłatwiej było porozmawiać. Czas się po prostu odczepić. Dać odetchnąć i oddychać pełną piersią. I pozwolić udowodnić tej osobie, że ma się do niej zaufanie. Że skoro dotąd mówiła i słuchała, to zdążyła już nabyć „orientacji w terenie” (czytaj w życiu) i że potrafi stanowić o sobie sama.

Coś mnie z lekka ukłuło w lewej części klatki piersiowej, kiedy dowiedziałam się, że „zakleszczam” młodego człowieka w pół zdania. Że nie daję możliwości dokończenia wypowiedzi. Czy to możliwe? Niestety tak. Przeanalizowałam całą sytuację po kolei i na spokojnie. Tak, zaczynam zbliżać się niebezpiecznie blisko granicy, której obiecałam sobie nigdy nie przekroczyć. Zaczęłam przypominać kogoś, kogo dotąd z całą pewnością nie przypominałam.

Jak nietrudno się domyślić, reakcja osoby B na radę osoby A była nieoczekiwana. Osoba B z całą pewnością ma swoją definicję na pojęcie „rady”, a „wtrącenie się” dostrzega o wiele szybciej, niż wykonująca je osoba A. Poczyniłam więc postanowienie, że to nie może być o mnie. Od tamtego zdarzenia minęły dwa tygodnie starań, by nie popełnić błędu, żeby zwyczajnie nie przegiąć. Pozwalam oddychać. Nie wiedziałam, że to taka orka.





czwartek, 7 kwietnia 2016

Jeszcze będzie przepięknie


I minęły święta. Z rodziną, spacerem, nową grą planszową. I nastał tydzień, kiedy to wszystko wróciło do codziennego rytmu. A potem kolejny weekend – zachwycający piękną pogodą, zachęcający, by góry przenosić.







Przenosiłam. Oczy z jednej wiosennej piękności na drugą, gałęzie świerkowe i sosnowe z miejsca na miejsce. A potem w przypływie sił witalnych i jakiegoś niejasnego natchnienia – postanowiłam na coś się przydać. Ustawiłam się za rozdrabniaczem do gałęzi i wpychałam weń wszystkie gałęzie jak leci. Rozpierało mnie coś na kształt dumy. Że się jednak do czegoś nadaję. Że mogę pomóc.

To była sobota. W niedzielę poza palcami u rąk (ale to już nikogo nie dziwi), bolał mnie palec u nogi, a także lewy łokieć. Nie, nie tak z przesilenia, ale tak, jak na ogół dopiekają mi palce. W nocy się budzę, łykam prochy, albo smaruję kremami. Etap następny to niechęć do snu. Wtedy nie ma ryzyka, że ból mnie obudzi. Błędne koło. Rano jestem niewyspana i wściekła na cały świat. Świadomość, jak wiele ludzi cierpi na bezsenność sprawia, że myślę o sobie bardzo brzydko. Że wywołuję wilka z lasu. Skoro los pozwala mi na luksus snu – nie powinnam tego lekceważyć.

Aktualnie jestem na urlopie. Postanowiłam coś dla siebie zrobić. Ogarnąć się. Zaszłam do mojej lekarki. Kiedy w lecie opowiadałam jej, jak świetnie się czuję, zasugerowała, że mam zająć się rozwojem duchowym, bo kiedy minie czas dobry, a nadejdzie nienajlepszy – będę miała o co się oprzeć. Nie zrobiłam tego. Ja – nadczłowiek, ja – mnie to nie dotyczy! No i mam!

Zaczynam od początku, z regularnymi wizytami, dbałością o siebie także wtedy, kiedy jest dobrze, z szacunkiem do siebie, życia, otoczenia. Muszę wszystko ponazywać, żeby ruszyć w górę. Jestem przewlekle chora, jestem autoagresywna, ale jestem (dziękując szefowej za dzisiejszy przymiotnik) normalna.


Opieram się jak ten krzew ze zdjęcia o swoją bazię (bazia wie, że to o Nim mowa) – jakie to szczęście, że jest. 


wtorek, 22 marca 2016

O kochaniu siebie

Wymieniona, pachnąca pościel, świeże firanki w umytych oknach, psie posłanie w ostatniej fazie wirowania – ot, bilans przypadkowego urlopu. Nie jestem kobietą tradycyjną. Na ogół sprzątam pod wpływem impulsu, kiedy mnie natchnie. Tym razem jednak popłynęłam z prądem. Nie żałuję. Lżej mi się oddycha, kolory ożyły, nawet burość zza okna nie zniechęca do życia.

No i fajnie, że się zdecydowałam. Kto wie, kiedy będzie kolejna ku temu okazja, kolejny bodziec jakiś. Tymczasem spoglądam na gazetkę sklepową, która jeszcze wczoraj irytowała mnie swoją obecnością. Może ją nawet obejrzę, jakąś listę sporządzę, jakiś ciekawy zestaw kulinarny przyjdzie mi do głowy. A po kolacji, kiedy cisza zapadnie wśród czterech ścian – może nawet obetnę wełnę na moim kochanym, acz sfilcowanym psiaku.

„Love yourself” śpiewa właśnie Justin Bieber. Na ogół, kiedy "siebie kocham" – jestem pogrążona w błogim lenistwie, obmyślam jakieś próżne zajęcie tylko siebie mając na myśli. Tymczasem, kiedy taka zmachana siedzę i oglądam oraz wącham efekty całodniowej pracy, z radością myślę, że taką siebie też kocham. Jakiś nowy etap w mojej wędrówce przez życie. Czemu nie?


Może dzięki temu, pomimo braku widocznych symptomów, wiosna jednak nadejdzie. Kto wie, może święta też?



wtorek, 8 marca 2016

O długość paznokcia

Lubię  drobne upominki wynikające z przeróżnych uroczystości. Stąd nietrudno dociec, że i Dzień Kobiet nie jest dla mnie dniem, który odszedł w niebyt wraz z minioną epoką, bo uważam, że każda okazja jest dobra, żeby dać odczuć drugiej osobie, że się o niej pamięta. Pech jednak chciał, że zdrowie trochę zagrało mi na nosie i od mniej więcej tygodnia daje tak popalić, że czuję się wszystkim, tylko nie kobietą.

Kobieta to takie stworzenie, co to go mężczyzna (a czasem inna kobieta) koniecznie potrzebuje do życia, bo tak ono (to życie) zostało ułożone. Przeważnie różni się od płci przeciwnej na tyle, żeby była dla niej interesująca. Ostatnio czuję, że nie jestem. Nie chodzi tu o męski punkt widzenia, ale o mój osobisty.

Kobieta na pierwszy rzut oka budzi zainteresowanie swoją atrakcyjną powierzchownością. Zawsze to lubiłam. Interesowało mnie co kogo jest w stanie zaciekawić, sprowokować do spojrzenia, zagadania. Choć ta ostatnia czynność rodzi niebezpieczeństwo, że obiekt westchnień może nie mieć nic więcej do zaoferowania i czar pryska.

Zwykło się powtarzać, że piękno ucieka i że nie jest to dobry sposób patrzenia na kobietę, no ale przecież na piękną łatwiej. Czy ktoś się ze mną nie zgodzi? Wątpię.

Mówiąc szczerze, przez całe moje młode życie uważałam, że trampki, jeansy i fajny T-shirt są wystarczająco ciekawym zestawem, a miły uśmiech dopełnia całości i tak sobie całkiem spokojnie funkcjonowałam, zadowolona z życia. Czasem dorzuciłam jakiś żakiet, czy but na obcasie, podkreśliłam oko i nadal czułam się dobrze w swojej skórze. Niepotrzebne mi były kosmetyki kolorowe, hit sezonu co sezon. Paznokcie utrzymywałam w stanie naturalnym, choć czasem pod wpływem chwilowego „stresa”, traktowałam je zębami. Zdarzyło mi się raz czy dwa kupno lakieru bezbarwnego, ale był to chwilowy kaprys.

Dzisiaj niezbędnym elementem codziennych zabiegów pielęgnacyjnych stał się manicure - ważny prawie tak bardzo jak mycie zębów, czy rąk. Bez odpowiedniego kształtu, czy koloru paznokcia nie wypada pokazywać się w towarzystwie. Ja najczęściej noszę rękawiczki. Nie znam większości nazw środków, którymi wypada je pielęgnować. To zmiękcza, tamto zsuwa, a to utwardza. Można mieć paznokcie żelowe, manicure francuski, pięć milionów odmian tipsów, a gama kolorystyczna lakierów nie ma końca.

Jak wspominałam, ciężko mi ostatnio. Moje dłonie to obraz rozpaczy. Jest to tylko jeden z objawów schorzenia, z którym od lat się zaprzyjaźniam. Zmiany pogodowe, czy sytuacje stresowe „ułatwiają” mojej skórze odbieranie niewielkich przypadkowych uderzeń jako ropne rany, które długo i boleśnie się goją. Cały weekend spędziłam pod kocem w bezpiecznej odległości od domowników, by o nic nie zawadzić i nie zwiększyć bólu. Nie zrobiłam nic, bo mało co da się zrobić bez użycia rąk. Na dziesięć palców, cztery aktualnie wyłączone są z użytku. Paznokcie w stadium szczątkowym z trudem amortyzują ewentualne urazy. Czuję się podle. Staram się skupiać całą uwagę na pięknych kwiatach w wazonie, ale średnio mi to wychodzi.

Tak sobie ostatnio rozmyślam, że nie tego się po sobie spodziewałam. Nie tego, że bardziej od ciekawej książki, będzie mnie dzisiaj ciągnęło do wystawy sklepowej z małymi kolorowymi flakonikami. Śmieszy mnie to. I boli zarazem. Przecież dotąd byłam ponad TO.

Ale mnie wzięło na zwierzenia.

Jednak nie całkiem przy tym tekście zgorzkniałam, skoro chce mi się mimo wszystko życzyć wszystkim znajomym i nieznajomym paniom wszystkiego przyjemnego i pięknego w dniu ich święta!



piątek, 26 lutego 2016

Prawe, lewe

Ferie na finiszu. Zimowymi trudno je nazwać. Narty, które miały być gwiazdami tych wolnych dni zostały wystawione na światło dzienne dopiero wczoraj. Bo czymże miały zająć się wcześniej – byciem sztachetą w płocie? Ale skoro decyzja o spędzeniu ferii na miejscu zapadła – nie mamy prawa narzekać.

Ale było fajnie. Dawno się tak nie obijałam. Dotąd zawsze staraliśmy się wycisnąć wszystko z tych urlopowych dni, zaplanować czas, wyruszyć gdzieś, spędzić te dni aktywnie. Zostając w domu nie zawsze to wychodzi. Działaliśmy spontanicznie. Brak śniegu zrekompensowaliśmy sobie kinem, łyżwami, basenem, ale takie czynności nie są niczym zaskakującym. Dlatego więc, żeby tak szybko nie zostały zapomniane – dorzuciłam coś od siebie. Coś, czego sama do niedawna się po sobie nie spodziewałam. Kupiłam druty i kilka kłębków włóczki. Pięknej – mięciutkiej, w trzech delikatnych, pasujących do siebie odcieniach. Dalej było jeszcze dziwniej, bo…

… córka zapytała „co to” i czy ona też może i czy ją nauczę – i brałam taką opcję pod uwagę (kupując 2 zestawy drutów), ale zainteresowanie przerosło moje oczekiwania. Jakieś dwadzieścia lat nie miałam drutów w rękach – może nawet z dwadzieścia pięć. Tak naprawdę zrobiłam to dla siebie – chciałam wykorzystać moje obolałe palce, póki jeszcze cokolwiek potrafią zrobić. Chciałam dać im impuls do ćwiczeń, trochę je rozruszać. Ale skoro dziecko, które na ogół woli wykorzystać swoje w zupełnie inny sposób – ślizgając nimi po wyświetlaczu telefonu, nagle preferuje coś innego – to ja zapraszam na zajęcia pod nazwą „robótki ręczne” z prawdziwą przyjemnością!

Nieźle nam idzie. Jej chyba lepiej niż mnie. Kiedy widzę wyraz zacięcia na twarzy „poczekaj mamo – udowodnię ci, że szybko się uczę”, to widzę, że to kolejne pokolenie nie jest całkiem zepsute nowinkami technicznymi. Niby to wiedziałam, bo przecież gry planszowe zawsze u nas królują, kiedy na zewnątrz byle jak. Ale robótki ręczne? To albo przechodzi „z pokolenia na pokolenie”, albo wcale. Pożyjemy, zobaczymy. Póki co – ekscytuje mnie fakt, że znalazłam coś, czym udało mi się dziecko zaskoczyć. Próbowałam jeszcze „Anią z Zielonego Wzgórza” – tu jednak nie poszło mi tak gładko.

Tymczasem śnieg do nas zawitał, więc tata zabrał córkę na stok. Ja z rozkoszą zasiadłam w piżamie przed komputerem – muszę wykorzystać ostatni dzień urlopu, żeby całość zgrabnie podsumować. Syn zainteresował mnie pewnym serwisem muzyki cyfrowej. Długo się opierałam, bo za nowościami nie przepadam. Ale mam tam każdy rodzaj muzyki, której moja dusza zapragnie. Ustawię się więc na jakiejś odpowiedniej do nastroju składance, rozłożę sobie koc i kilka rządków wyprodukuję na drutach.

Miłe takie ferie domowe. Trzeba przeżyć czterdzieści lat z kawałkiem, żeby nauczyć się nudzić bez wyrzutów sumienia.

uchylam okno, a kiedy widzę to: 



 to zazdroszcząc ludziom zdrowym - wybieram jednak to:


sobota, 20 lutego 2016

Zostań

Taki jeden znany internetowy kanał muzyczny towarzyszy mi w pracy codziennie, bo w ciszy pracować nie potrafię. Wybieram sobie dowolną składankę hitów w zależności od nastroju i ona sobie leci, czyniąc moją pracę bardziej kolorową i atrakcyjną.

Jego nie wybrałam, on wybrał mnie. Był częścią składanki, choć nie pamiętam jak ją sobie nazwałam przed naciśnięciem opcji szukaj. Zaśpiewał „Zostań” i zrobił to na tyle skutecznie, że może na mnie liczyć.

Nie tylko zostałam, ale posłuchałam, co jeszcze ma do zaproponowania. Potem sprawdziłam, gdzie można go posłuchać na żywo. A to już okazało się wyzwaniem. Bo nie gra na dużych scenach, a na tych kameralnych. Bo choć nie jest  idolem mas, ma swoich wiernych fanów, a bilety na koncert znikają w ciągu tygodnia. W Katowicach, w Miasteczku Śląskim – przeproszono mnie z pobłażliwym uśmiechem, że nic już dla mnie nie mają. Dopiero Chorzów okazał się łaskawy.



Mikrofon, gitara, fortepian, półmrok, a przede wszystkim głos. Pełny, mocny, brzmiący tak, że ciarki przechodzą. I słowa – prawdziwe i mądrze dobrane. Żadnych ozdobników, samo życie. Normalny facet przed trzydziestką. Bez zbędnych wstępów i przerywników zaczarował w godzinę całą salę. A potem podpisywał płytę i rozmawiał z każdym, kto tylko miał na to ochotę. Kolejka była spora.

Podobno bez powodzenia brał udział w jednym z telewizyjnych konkursów wokalnych. I chyba bardzo dobrze się stało. Drobne niepowodzenia pomagają utrzymać pion i pozostać sobą. To takie nietypowe w dzisiejszych czasach – osiągnąć popularność bez wsparcia telewizji. Myślę sobie, że gdyby go ona wsparła – nie śpiewałby dzisiaj tak mało nośnych kawałków jak te na płycie Bumerang. Może zyskałby szerszą widownię, ale straciłby dużą część siebie.

Ja preferuję bycie sobą. Proponuję zgasić światło, zamknąć oczy i odpłynąć. Albo jednak … zostać.
Przed Państwem Kortez:



czwartek, 11 lutego 2016

Doświadczeniem podparte - potomkom pod rozwagę

Kochanie, nie zrozum mnie źle. Jesteś dla mnie całym światem i wszystko, co mam i jest mi drogie oddałabym Ci bez wahania i dlatego tego właśnie zrobić Ci nie mogę.

Nikt lepiej niż ja nie wie, co dla Ciebie najlepsze, kiedy pora spać i w co ubrać się zimową porą. Któż bardziej ode mnie zorientowany jest, na jakie pokarmy masz uczulenie i jak reagujesz na drażliwe tematy. Twoja samodzielność i pewność siebie nie znosi stawania na drodze i porad w stylu „na twoim miejscu zrobiłabym to inaczej”.

Jesteś mądrym, dobrym człowiekiem z wieloma pasjami. Owszem, znam też Twoje wady i wiem, jak unikać ich nagłego wypłynięcia na powierzchnię. Przede wszystkim jednak posiadasz wiele zalet i niewątpliwie masz swoje odrębne i niezależne zdanie na każdy temat.

Chcę móc obserwować Twoje życie, Twoje radości ale też smutki i potknięcia. Oczywiście, chętnie udzielę Ci rady, pod warunkiem, że mnie o to poprosisz.

Jednakże to, czego pragnę najbardziej pod słońcem, to pewności, że w niczym Cię nie ograniczam i że kiedy mnie odwiedzisz, zrobisz to z przyjemnością, a nie dlatego, że tak wypada.

Pomogę Ci zawsze, kiedy będziesz tej pomocy oczekiwać, ale nie będę wyczekiwać Twojej o nią prośby. Z zaciekawieniem będę przyglądać się, jak z sercem, ale też z rozumem wychowujesz swoje dzieci, bo czuję, że zrobisz to najlepiej po swojemu.

Znam Cię i mocno kocham. I dlatego właśnie nie możemy całe życie mieszkać razem.


poniedziałek, 8 lutego 2016

Biała czy czarna biało - czerwona

Spróbuję opisać w miarę obiektywnie, jak czuję się w naszej dzisiejszej polskiej rzeczywistości. Myślałam, że pominę ten temat, który wyłania się z wszystkich telewizyjnych i radiowych programów informacyjnych oraz z papierowej i internetowej prasy bulwarowej, ale nie potrafię.

Do tej pory starałam się jakoś nauczyć żyć z myślą, że ludzie różnią się, żeby nie było nudno, żeby nawzajem przekonywać się do swoich racji, w końcu żeby był postęp, który czyni nas bardziej oświeconymi, tj. mądrzejszymi.

Od paru miesięcy przekonuję się, że ja tego wcale nie chcę. Nie mam ochoty różnić się w sprawach patriotyzmu i przekonaniu, co dobre jest dla naszej ojczyzny, a co nie.

Przeraża mnie fakt, że nie rozumiem, jak w sprawach tak bardzo podstawowych można mieć dwa skrajnie odmienne poglądy. Że te poglądy mają ludzie bliscy sobie, którzy do tej pory niemal we wszystkim się zgadzali. Nie wiem, co sprawia, że ktoś, kogo uważam za dobrego, sprawiedliwego, honorowego, kto inny uważa za parszywego drania.

Przecież wszyscy mamy oczy, uszy – słuchamy, czytamy, widzimy, czujemy! Co jest? Skąd się bierze taka odmienna interpretacja? No bo przecież nie z braku, bądź z posiadania wrażliwości – w końcu wszyscy ją mamy. A ci, co ją wyrażają  - mają jej na wierzchu chyba najwięcej.

Pierwszy raz od niepamiętnych czasów miotają mną obawy. Czy jeśli ja, uważająca się za całkiem okej osobę myślę „tak”, a druga osoba będąca okej myśli „nie” – to czy oczywistym jest, że jedna z nas musi być „cacy”, a druga „be”?


Czuję się, jakby wokół mnie były dwie Polski. Każda uważa, że ta jej jest ta dobra. Czy szukanie na siłę tego, co złe to na pewno droga w dobrym kierunku? Chciałabym się już w końcu obudzić…


niedziela, 24 stycznia 2016

Piękny wiek...

Zmarł Bogusław Kaczyński. Człowiek wiedza, człowiek kultura, człowiek pasja. Dla mojego pokolenia był postacią, którą każdy znał. I choć to nie ten gatunek muzyczny, nie ta wrażliwość – był znany tak samo jak na przykład Maryla Rodowicz. Ale ja nie o tym dzisiaj chciałam.

Trzy lata temu umarł mój tata. Miał 71 lat. Czy to dużo? Czy mało? Na pewno dla najbliższych, to za szybko, ale … Zdałam sobie sprawę, że nie ma wieku, kiedy ten moment okazałby się „w sam raz”. I tak, moja z reguły przytomna mama od tych trzech lat, kiedy słyszy, że ktoś umiera przed osiemdziesiątką, powtarza – taki młody, jeszcze dziesięć mógłby pożyć. Ja mam szereg wątpliwości. Bo taki pan Bogusław przeżył lat 73. W ciągu tych wszystkich dni realizował swoje pasje, zyskał uznanie, ale przede wszystkim robił to, co kochał, co pozwalało mu być szczęśliwym człowiekiem. Załóżmy, że przeżył ten drugi udar i został nie w pełni sprawny. Czy na pewno przykuty do łóżka nadal delektowałby się życiem? Nie jestem pewna. Mam na ten temat swoją teorię, według której nie długość się liczy, a jakość. Żeby żyć tak, jak się pragnie, w towarzystwie ludzi, których się kocha i kilku takich, którzy wkurzają, bo dzięki nim aż chce się pokazać, że nie mają racji i że wbrew temu, czego oni ci życzą – i tak dopniesz swego.

Widzieć, jak rosną i kształtują się wasze dzieci, jak rozwija się twój związek. Jak z biegiem czasu ewoluują wasze poglądy, podejmujecie się nowych wyzwań,  jak wasze ciała nabierają zarówno rysów jak i rys, włosy zmieniają kolor. To wszystko to takie marzenie, które może, ale nie musi się spełnić. Bo warunkują je przynajmniej dwa czynniki. Po pierwsze, musicie się nadal przynajmniej ze sobą przyjaźnić, a po drugie – nie możecie być dla tej drugiej osoby kulą u nogi.

Ja już bywam. Nie dlatego, że zdarza mi się marudzić i uprzykrzać życie najbliższym, choć to prawda, ale dlatego, że jestem chora. Nie od wczoraj, czy od miesiąca, a od ponad dwudziestu lat. Na przestrzeni owych dałam już wszystkim nieraz w kość i wiem, że zdarzało im się w ostatniej chwili zamknąć buzię, żeby nie zranić moich uczuć, choć bardzo mi się należało. Mojemu życiu towarzyszy ból. Jestem z nim już za pan brat. Ale kiedy przez miesiąc zdarza mi się go nie czuć – zapominam, jak to jest kiedy boli. Kiedy nagle potem coś „gruchnie”, to czuję, że „wszystko ma swój czas”.

I wiem jedno. Teraz, bo kiedy przyjdzie co do czego, to może zmienię zdanie. Wolałabym przeżyć intensywnie najbliższy czas. Zrobić to, co wiem, że muszę i to, o czym marzę teraz, kiedy mam jeszcze na to siłę i ochotę. I nie będę się upierała, żeby żyć jak najdłużej. Bo nie potrzebuję, żeby ktoś rozmawiając na mój temat z kimś innym z niedowierzaniem kręcił głową, że to taki piękny wiek. Mam w nosie piękny wiek, kiedy będzie trzeba pilnować mnie całą dobę, nie mówiąc już o innych aspektach opieki. Piękny wiek to taki, w którym znajduje się człowiek, kiedy z przyjemnością pomyśli o sobie i świecie, który go otacza.


Myślę, że Bogusław Kaczyński miał piękne życie. Zakończyło się w momencie, kiedy jeszcze mógł tak o nim pomyśleć. Też bym tak chciała.


sobota, 9 stycznia 2016

Rzecz gustu

Zauważyłam jakiś czas temu, że jeśli uczestniczę w jakimś ciekawym wydarzeniu, to lubię, żeby poza wspomnieniami w mojej głowie, sercu, pamięci – został jakiś ślad na papierze. Są sprawy warte tego, żeby podzielić się nimi ze światem – może i świat skorzysta – któż to wie? To miało miejsce pod koniec ubiegłego roku, kiedy nie istniałam w wirtualnym świecie. Na początek kilka słów wstępu.

Kilka lat temu przeczytałam na jednym z portali informacyjnych pośród wydarzeń z kraju, że „najprzystojniejszy muzyk świata zagra w Polsce”. Zajrzałam dalej z czystej ciekawości. Mogłabym zgadywać w nieskończoność, a i tak nie odpowiedziałabym prawidłowo. Bo człowieka po prostu nie znałam. Po pierwsze dlatego, że jazz nie jest moim ulubionym gatunkiem muzycznym, po drugie – moja wiedza nt. muzyki klasycznej także zbyt szeroka nie jest. Tym przystojnym muzykiem okazał się amerykański trębacz – Chris Botti. Powierzchownie oceniłam go dobrze i zagłębiłam się w lekturze. Moją ciekawość wzmógł fakt, że moje dziecko w tamtym czasie właśnie na trąbce grało. Poszukałam sobie w sieci utworów przystojniaka i ze zdumieniem stwierdziłam, że da się pomimo miłości do klasyki popełnić jakiś kompromis i stworzyć coś, co sprawiłoby, że takim instrumentem jak trąbka zainteresuje się zwykły człowiek, a nie tylko stały bywalec filharmonii. Już po kilku dniach jego muzyka zagościła u nas.

Poza utworami, które wymagają zaangażowania postanowił wpleść do repertuaru kilka lżejszych kawałków, ocierających się niebezpiecznie o muzykę popularną. Do współpracy zaprasza znanych artystów jazzowych, rockowych i popowych i wspólnie tworzą na scenie niepowtarzalną mieszankę klimatyczną. Instrumentaliści, którzy mu towarzyszą są mistrzami w swoich dziedzinach i nawet ich popisy solowe spotykają się z niesamowicie ciepłym przyjęciem przez publiczność. Nic więc dziwnego, że widząc w sieci takie obrazki – postanowiliśmy po kilku latach sprawdzić, jak to jest „na żywo”.

Mogłabym uczestniczyć w takich przedsięwzięciach bez końca. Po pierwsze, centrum kongresowe (ICE) w Krakowie to obiekt idealnie nadający się do tego. Nowoczesny, pojemny, z dobrą akustyką. A bohater wieczoru – nienagannie ubrany, profesjonalny, gościnny i dowcipny. Stworzył niezwykły klimat muzyczno – towarzyski. Żadnego zadęcia, manii wyższości. Przecudna muzyka, magiczna atmosfera, niewymuszony kontakt z publicznością – to chyba komplet, po który człowiek wybiera się na koncert. Kiedy to dostanie – powinien informację „puścić” w obieg. Nie każdy artysta może poszczycić się pozytywną recenzją z koncertu.


Czy Chris Botti jest „najprzystojniejszym muzykiem świata” – to rzecz gustu. Ostatecznie to nie wybory mistera. Kwestią gustu jest też słuchana przez każdego muzyka. Miałam potrzebę napisania o swoich doznaniach. Już mi lepiej. Zapraszam do posłuchania. Czuję, że się spodoba. 


środa, 6 stycznia 2016

Siedem minut

Z ostatnich wakacji wróciłam pełna najpiękniejszych wspomnień. Byłam tam, gdzie chciałam, z towarzystwem, którym chciałam, zobaczyłam prawie wszystko, co chciałam, sporo odpoczęłam i niemało zjadłam. Żyłam tymi wspomnieniami jakieś trzy miesiące i tak mi z tym było przyjemnie na sercu, że kiedy po tych trzech miesiącach spojrzałam w końcu w lustro  – okazało się, że jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności stało się niemożliwe. Przytyłam. Na blogu, który musiałam zamknąć opowiadałam, jak duże mam problemy z przytyciem i że liczę na to, że po czterdziestce wraz ze spowolnieniem metabolizmu coś niecoś mi się odłoży. I mijał czas i nic. I doszłam już do przekonania, że mnie to chyba dotyczyć nie będzie. A tu jednak – dotknęło. Osłupiałam spoglądając w lustro i na wagę łazienkową też. Bo waga wzrosła o cztery kilogramy, a miejsce dolinki brzusznej zajął teren pagórkowaty. I co z tym fantem zrobić? Może nie tyle z wagą, a z pagórkiem? Nigdy w życiu nie spotkałam się z taką sytuacją. Obce są mi diety, a i ruchu regularnie nie zażywam.

Poczytałam kilka ciekawych stron ratunkowych i doszłam do wniosku, że kilka ćwiczeń brzucha dziennie powinno załatwić sprawę. Szkopuł w tym, że z systematycznością jestem na bakier. Postanowiłam jednak, że coś dla siebie wynajdę.

Całkiem niespodziewanie z pomocą przyszedł mąż, demonstrując mi aplikację z zestawem ćwiczeń, które co dzień zajmują jedyne siedem minut. Uśmiechnęłam się w duchu. Nareszcie coś dla mnie, a o siedem minut mniej gdziekolwiek indziej nie zostanie nawet zauważone. Pełna zapału postanowiłam spróbować przy aktywnym udziale całej rodziny.

Podsumuję. Nie potrafię zrobić prawidłowej pompki, tak zwanych brzuszków również nie. Z trudem wykonuję prawie poprawny przysiad i bieg w miejscu. Pojęcie „deski” tylko z pozoru oznacza przedmiot leżący bezmyślnie odłogiem, a „krzesło” pod ścianą nie ma nic wspólnego z wygodą. Wyginając rękę w pewien nieznany mi dotąd sposób  - znalazłam triceps. Skoro dotąd go nie czułam, to czy to znaczy, że go nie używałam?


Stoję przed dylematem. Czy pozwolić pagórkowi na zadomowienie się u mnie na stałe, na co ostatecznie pozwala sobie większość kobiet w moim wieku, czy podjąć męską decyzję o siedmiu okupionych bólem minutach dziennie. Czy w ogóle istnieje możliwość wprowadzenia takiego planu w życie, kiedy dotąd pojęcie „systematyczność” znałam jedynie ze słyszenia? Decyzję podejmę jutro, kiedy aplikacja w telefonie wezwie mnie „do boju”.


sobota, 2 stycznia 2016

Refleksja o czasie – na czasie


I nastał nam na kolejne trzysta dni z dużym hakiem całkiem nowy rok. Nie ekscytuję się tym zbytnio, bo po czterdziestce zaobserwowałam, że zanim dobrze się rozpędzę, poukładam plany i sprecyzuję, co ważne, a co trochę mniej – to już szukać będę kolejnych upominków pod choinkę, a będzie to mniej więcej dwudziestego grudnia. Tak, zdecydowanie łatwiej ja potrafię doczekać się na wydarzenie marzeń, niż syn na swoją osiemnastkę, czy córka na kolejny wtorek z jazdą konną w tle. Moje życie pędzi, choć ja usilnie staram się przyhamowywać niektóre jego fragmenty…

W pewien świąteczny poranek, kiedy to święty spokój ogarniał cały dom, czyściłam zbiornik na kawę, będący częścią składową ekspresu ciśnieniowego. Czyściłam z zacięciem. Nie lubię tej czynności, ale jeszcze bardziej nie lubię, kiedy tkwi ona brudna w ekspresie, a kawa jest już dawno wypita. I taka mnie naszła refleksja, że urządzenie to pomimo szumnej nazwy, niewiele ma wspólnego z ekspresem. Bo taki na przykład pociąg ekspresowy ma za zadanie dowieźć człowieka do celu szybciej niż zwykły osobowy. List ekspresowy dochodził do adresata szybciej. Jak się to ma do ekspresu ciśnieniowego – trudno dociec, bo:


  •  umieszczając w pojemniczku kawę muszę wykazać się nie lada precyzją, żeby jej drobinki znalazły się tylko wewnątrz, a nie na blacie, co z kolei powinnam natychmiast sprzątnąć, bo nie wypiję spokojnie kawy patrząc na ciemne punkciki na beżowym tle;
  •  jeśli zapraszam gości – muszę liczyć się z tym, że spędzę w kuchni dłuższy czas, bo za takim jednym razem ekspres zdąży „nakapać” kawy na dwie filiżanki wielkości naparstka, co jest dość irytujące;
  • wyczyszczenie pojemnika na kawę wymaga ode mnie sięgnięcia po jakiś ostry przedmiot, który ułatwi wyskrobanie zawartości do końca, a jednocześnie zwiększonej uwagi, żeby nie uszkodzić uszczelki mieszczącej się wewnątrz;
  • ten punkt dotyczy osób, które na specjalne życzenie potrafią jeszcze spienić mleko i wykonać milion dodatkowych „upiększaczy”, by zadowolić amatora kawy. Ja nie jestem zdolna do takich poświęceń, ale każde zaangażowanie doceniam i podziwiam.

Ekspres do kawy na świecie zyskał popularność w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku. Wtedy prześcigano się w tworzeniu sprzętów, które ułatwiają nam życie. Jednakże w związku z tym, że dzisiaj mamy taką ilość przedmiotów super szybkich, których zwyczajnie nie mamy czasu użyć – bo super szybko żyjemy – zgłaszam postulat, żeby ekspresowi ciśnieniowemu zmienić nazwę. Na choćby „strażnika domowego ogniska”, czy powiedzmy „budowniczego nastroju”, a może po prostu „trenera ludzkiej cierpliwości”. No bo naprawdę nie jestem w tym momencie w stanie wymienić drugiego współczesnego wynalazku, który tak skutecznie sprawia, że zamiast gnać - celebrujemy chwilę przyjemności.

Żeby było jasne – nie pijam kawy z ekspresu ciśnieniowego. Jest dla mnie zbyt mocna, jakkolwiek nie starałabym się jej mniej nasypać. Preferuję ekspres przelewowy, bo prościej go obsłużyć i wymienić zużyty filtr. Na dodatek absolutnie niczego nie spowalnia i miano ekspresu naprawdę mu się należy. A kiedy brak mi czasu – delektuję się swoją ulubioną, niezdrową kawą rozpuszczalną. Celebruję chwilę nieco inaczej. Czytam książki w papierowej formie, przygotowuję sobie składanki ulubionej muzyki, spędzam z mężem wieczory przy winie, a kiedy otrzymuję życzenia świąteczne sms-em – na każdy odpowiadam indywidualnie. I zawsze wstyd mi wtedy, że nie zdążyłam wysłać tradycyjnej kartki.