niedziela, 12 listopada 2017

Warszawa da się lubić

Życie ma wiele różnych kolorów. Kiepsko reaguję na określenie „proza życia”, bo z reguły chodzi tu o naprawdę nudną sekwencję dni podobnych do dnia, a przecież książki pisane prozą – kiedy są dobre – można przeczytać jednym tchem. Cokolwiek na temat swojego życia bym napisała, to jednak najczęściej podsumowuję go stwierdzeniem, że je lubię. I uważam, że taka ocena jest naprawdę wysoka. Zdarza mi się poużalać się nad sobą, ale nadchodzi moment, kiedy powraca we mnie chęć poznawania nowego i powrotu do ludzi i te momenty bardzo lubię i czekam na nie. Dają kopa i uświadamiają, że wcale nie jest ze mną źle.

Wiadomo, że codzienne życie wyznacza praca, wczesne pobudki i regularne posiłki, rozmowy z najbliższymi, szkoła i zajęcia dodatkowe. Często coś lub ktoś urozmaica je w sposób niekoniecznie przez nas akceptowany, jednym słowem czymś zdenerwuje, dołoży obowiązków, albo spowoduje nagłą zmianę planów tak, że zburzy porządek. Ale przecież niewiadome też są częścią życia. Ja lubię (bo na tym blogu o moje „ja” głównie chodzi), żeby tę codzienność urozmaicała jakaś kulturalno-przyrodnicza przygoda.

Spędziłam ostatnio rodzinny weekend w stolicy. Wymyśliłam go kilka tygodni wcześniej, bo taka eskapada wiąże się z rezerwacją biletów, noclegów i tym podobnymi czynnościami.


Taką stolicę lubię. Przechadzać się ulicami, które znam tylko z telewizji, napawać się atmosferą wieczoru i niecierpliwić się przed wejściem do teatru. Tym razem był to  teatr muzyczny Buffo i musical Metro, który ma już 25 lat. Bardzo byłam ciekawa, czy dzisiejsza młodzież nadal ma w sobie tle pasji, co dawno temu Edyta Górniak, Robert Janowski, Katarzyna Groniec. Niepotrzebnie się nad tym zastanawiałam. Młodość to młodość. Jak wie, czego chce, robi to na sto procent. I odbiór nadal jest tak samo mocny. Rozmawiałam o tym z córką, która była pod dużym wrażeniem. Cieszy mnie jej wrażliwość. Bo w jej przypadku, to nie jest nadwrażliwość, jak u mnie.




Ona ma w sobie pewien rodzaj równowagi. Stoi na nogach. I cztery godziny spędzone w Centrum Nauki Kopernik dały mi tego pełny obraz. Była wszędzie, badała, sprawdzała. Mąż dzielnie dotrzymywał jej kroku. Ja musiałam zrobić sobie przerwę. Taka ze mnie ignorantka, chętnie obejrzałabym jeszcze ze dwa musicale, zamiast pokręcać, pocierać, regulować, naciskać. Dla mnie ważne jest, że coś działa i wcale nie muszę wiedzieć dlaczego. Szok? Mam nadzieję, że kilka osób znajdzie w tym opisie także siebie. Naprawdę mam.



Wylądowaliśmy także na Stadionie Narodowym. Nie na meczu, a na wystawie fotograficznej. Nationale Geographic prezentowało tam zdjęcia zwierząt zagrożonych wyginięciem. Smutne to, że taki czeka je los. Zdjęcia były piękne, a gatunki tych zwierząt wcale nie przypominały dinozaurów – znaliśmy prawie wszystkie. Autor musiał włożyć wiele wysiłku, by sfotografować je jak prawdziwych modeli.

Zejdźmy jednak bardziej na ziemię. Sztuką człowiek się nie naje. I na tym polu mamy pewne najnowsze zdobycze. Bo po wieczorze w teatrze, córce zachciało się naleśników i nie sposób było tej zachcianki nie spełnić. Odwiedziliśmy Galerię Koszyki, którą miałam przyjemność odkryć na wiosnę, kiedy po stolicy oprowadzała mnie szkolna koleżanka. Poza naleśnikarnią znajduje się tam każdy rodzaj restauracji, więc miłośnik jakiejkolwiek kuchni może spotkać się tam z miłośnikiem kuchni odmiennej i każdy wyjdzie z pełnym brzuchem. O godzinie 21.30 galeria tętni życiem, gra muzyka na żywo i można wtopić się w tłum na jak długo ma się ochotę. Choć moje spostrzeżenie jasno mi powiedziało, że dla trzynastolatki to miejsce o takiej porze nie jest najlepszym pomysłem. Niemniej jednak, było to kolejne ciekawe doświadczenie.



Na trasie z domu i do domu, odkryliśmy bistro Kurta Schellera. Daliśmy mu szansę, choć młodsze pokolenie widziało niedaleko fastfooda i wiele wskazywało, że nie odpuści. Dało się przekonać ku naszej uciesze. I szczerze mogę polecić to miejsce. Czas oczekiwania wcale nie był bardzo długi, ale za to naprawdę usatysfakcjonowani zostaliśmy tamtejszą szwajcarską kuchnią. Cóż może być bardziej kompletnego od połączenia uczty ducha z ucztą dla ciała? Pewnie coś by się znalazło, ale ja szukać nie będę.



Chciałam ten weekend opisać, bo był piękny, rodzinny i pełen wrażeń. Nie chciałabym mieszkać w stolicy, na co dzień cenię sobie spokój naszego prowincjonalnego miasteczka. Nie zazdroszczę warszawianom ich bliskości wszystkiego, ale czasami chętnie z tego skorzystam. Myślę, że z mojej perspektywy potrafię się tymi atrakcjami rozkoszować pełniej.



piątek, 3 listopada 2017

Czy to wiek, czy listopad...

Słucham trójki, na czwartym Cigarettes after sex w piosence Sweet. Kojące, magiczne. Jakie to szczęście, że istnieje muzyka. Kiedy masz wrażenie, że wszystko dookoła powoli traci na wartości, ta jest niezmienna. Dla każdego w innym wymiarze, gatunku, ale zawsze łagodzi obyczaje.

U mnie sprawy wagi podstawowej bez zmian. To ważne – mieć oparcie, mieć czas na rozmowy, na uśmiech, czasem jakiś nerw, z którego jednak coś wynika. Na szczęście tutaj dzisiaj biadolić nie muszę – w tej sferze.

A sfery życie ma różne. Kiepsko ostatnio pracuję. Zapominam, nie potrafię się skoncentrować, robię błędy. Nie potrafię być wielozadaniowa. Jestem szybko zmęczona i się wkurzam.

Mam wrażenie, że czas przecieka mi przez palce. Kończy się dzień pracy, a ja mam notatkę, czego nie zdążyłam zrobić. Czynności comiesięczne zaczynają się o siebie zazębiać, nachodzić na siebie.

Nie wiem, czy powinnam liczyć na to, że listopad coś zmieni. Listopad to chyba nie jest czas zmian na lepsze. Wierzę, że to okres przejściowy, który szybko minie. Bo kto będzie przyglądał się takiemu pracownikowi bez końca? Znam przysłowie, że nie myli się ten, kto nic nie robi. Ale ja bym jednak chciała odzyskać siebie sprzed kilku tygodni. Bardzo jestem sobą zmęczona. A wolę się lubić.


Chętnie posłucham rad, jeśli jeszcze tutaj zaglądacie. Ja ostatnio nawet tego nie robię…


piątek, 25 sierpnia 2017

Wypada się ruszyć

Dzisiaj będzie o tym, że pora zacząć się ruszać. Bo nikt tego za mnie nie zrobi. I wcale nie chodzi o to, żeby lepiej wyglądać. Owszem, mogłoby się tak wydawać, ale kiedy spojrzę w lustro, to nie muszę szybko oczu przymykać albo odwracać głowy. Waga też nie przeraża, choć pozwoliła sobie łaskawie drgnąć nieco pod moim ciężarem i przekroczyłam magiczną pięćdziesiątkę nie tak dawno temu. Tu chodzi jednak o coś znacznie ważniejszego. O kondycję mianowicie i dobre samopoczucie. O to, żeby się człowiekowi chciało. Żeby nie dyszał idąc pod górę, a jak się rano obudzi to ma ochotę wstać i z radością witać nowy dzień. A ja ostatnio jestem ospała, leniwa i apatyczna…


Jak pisałam wiele notek wstecz, zdrowa nie jestem. Źle toleruję zimno, moje dłonie nie są wtedy zdatne do żadnego działania, a kiedy dobrze nimi gdzieś trzepnę (co normalnym ludziom zdarza się każdego dnia), to na palcach pojawiają mi się ropne nadżerki, których gojenie się trwa całe wieki i boli niemiłosiernie, stąd też nie do każdej aktywności jestem zdolna.

Nie jestem też typem sportowca. Uwielbiam tańczyć, lubię badmintona, pływam, póki nie osiągnę fioletowego odcienia dłoni, a kiedy ręce mam sprawne i nie jest zimno – bywa, że jeżdżę na rowerze, ale o regularności trudno tu mówić. Próbowałam takiej gimnastyki ogólnej, wymagającej mojego zaangażowania 7 minut dziennie, ale wystarczył jeden, dwa dni zapomnienia i zapomnienie pozostało ze mną na dłużej. 

Wspominałam też, że zapoznałam się kilka miesięcy temu z pewnym portalem społecznościowym nie dla własnego widzimisię, ale skoro już tam bywam, to różne rzeczy widzę. A widzę ku swojemu zaskoczeniu, że ludność mocno aktywna się zrobiła. I chwali się na wszelkie strony, dokumentuje zdjęciami, pomiarami kroków, wysokością zbocza, że aż serce rośnie.

Zdarza mi się pomyśleć (nie ukrywam), czy to na pewno takie zdrowe, że osoby, które miały przez całą swoją młodość awersję do sportu, nagle wyciskają z siebie siódme poty. Ośmielę się wyrazić opinię, że nieraz są to czynności mocno wykraczające poza zwykłe regularne utrzymanie ciała w ruchu, bo często widzę, że to są czyny wręcz bohaterskie. A znałam już takich bohaterów, którym to się (mówiąc łagodnie) nie przysłużyło. Nie, to nie zazdrość chyba, a raczej wołanie o umiar i zdrowy rozsądek.


Zboczyłam z tematu, wracam więc na niego spiesznie. Moja instruktorka tańca wyjechała, a jej zajęcia tańca solo dawały mi dużo radości. Nie gnębiła za niedociągnięcia, sklerozę, ale robiła zawsze porządną rozgrzewkę, podczas której odkrywałam nieznane mi dotąd partie ciała, puszczała świetną muzykę, poruszała się z wdziękiem, czym dawała bodziec, by samemu tak się właśnie poruszać. To były takie lekcje z gracji, ale kiedy faktycznie grupa opanowywała już ciekawsze układy taneczne, byłam wniebowzięta. Bardzo to lubiłam. Nie polubiłam za to nauczycielskiego tonu chłopaka, który „nastał” po niej, a takie zajęcia muszą sprawiać przyjemność.

Jest jedna taka dyscyplina (choć to zapewne za duże słowo), która daje mi przyjemność, bo nie jest ćwiczeniem samym w sobie, a pozwala łączyć wysiłek fizyczny z wrażeniami wzrokowymi. To chodzenie po górach. Daje przyjemność, cieszy oko, a kiedy wejdzie w krew – ma wpływ także na kondycję. Pomyślałam, że skoro już na tym portalu społecznościowym „istnieję”, to będę nowoczesna i stworzę grupę ludzi, którzy tak jak ja góry lubią, ale nie będą się zabijać, kto pierwszy na szczycie. No i już! Nie zastanawiając się wiele zrobiłam to! Nadałam nazwę, podałam cel i zaprosiłam osoby, które może to zainteresować. Za nami pierwsze wydarzenie. Wzięła w nim udział co prawda tylko moja najbliższa rodzina, ale nie zrażam się. Każda podróż zaczyna się przecież od pierwszego kroku!

Poszliśmy na Trzy Kopce Wiślańskie i zgodnie z opisem powinniśmy byli dotrzeć na nie i wrócić na start w 4,5 godziny. Jeśli napiszę, że nam wędrówka zajęła sześć godzin, informacje o naszej formie nie będą potrzebne. Nic to! Odwiedziliśmy Telesforówkę z przytuliskiem prowadzonym przez zgrany duet. Zjedliśmy pyszny bigos i ciasto drożdżowe z owocami, a nawet kupiliśmy świeży twaróg kozi do domu. Z punktu widokowego na Czuplu (Beskid Śląski, 882 m n.p.m. – piszę szczegóły, bo jest ich kilka w naszych górach) panorama wyglądała tak pięknie, że na chwilę zapomnieliśmy, ile drogi jeszcze przed nami.





Kolejny spacer górski zaplanowaliśmy na minioną niedzielę, ale wtedy deszcz pokrzyżował nam plany. Coś mi jednak mówi, że nadrobimy zaległości już wkrótce, bo Kotarz jest dosyć zachęcająco opisany w kilku sieciowych źródłach. I choć nie zamierzam zmieniać siebie jakoś drastycznie (wolałabym pozostać sobą), to mogę się choć trochę za siebie wziąć. Nie narażając życia oczywiście.