piątek, 25 sierpnia 2017

Wypada się ruszyć

Dzisiaj będzie o tym, że pora zacząć się ruszać. Bo nikt tego za mnie nie zrobi. I wcale nie chodzi o to, żeby lepiej wyglądać. Owszem, mogłoby się tak wydawać, ale kiedy spojrzę w lustro, to nie muszę szybko oczu przymykać albo odwracać głowy. Waga też nie przeraża, choć pozwoliła sobie łaskawie drgnąć nieco pod moim ciężarem i przekroczyłam magiczną pięćdziesiątkę nie tak dawno temu. Tu chodzi jednak o coś znacznie ważniejszego. O kondycję mianowicie i dobre samopoczucie. O to, żeby się człowiekowi chciało. Żeby nie dyszał idąc pod górę, a jak się rano obudzi to ma ochotę wstać i z radością witać nowy dzień. A ja ostatnio jestem ospała, leniwa i apatyczna…


Jak pisałam wiele notek wstecz, zdrowa nie jestem. Źle toleruję zimno, moje dłonie nie są wtedy zdatne do żadnego działania, a kiedy dobrze nimi gdzieś trzepnę (co normalnym ludziom zdarza się każdego dnia), to na palcach pojawiają mi się ropne nadżerki, których gojenie się trwa całe wieki i boli niemiłosiernie, stąd też nie do każdej aktywności jestem zdolna.

Nie jestem też typem sportowca. Uwielbiam tańczyć, lubię badmintona, pływam, póki nie osiągnę fioletowego odcienia dłoni, a kiedy ręce mam sprawne i nie jest zimno – bywa, że jeżdżę na rowerze, ale o regularności trudno tu mówić. Próbowałam takiej gimnastyki ogólnej, wymagającej mojego zaangażowania 7 minut dziennie, ale wystarczył jeden, dwa dni zapomnienia i zapomnienie pozostało ze mną na dłużej. 

Wspominałam też, że zapoznałam się kilka miesięcy temu z pewnym portalem społecznościowym nie dla własnego widzimisię, ale skoro już tam bywam, to różne rzeczy widzę. A widzę ku swojemu zaskoczeniu, że ludność mocno aktywna się zrobiła. I chwali się na wszelkie strony, dokumentuje zdjęciami, pomiarami kroków, wysokością zbocza, że aż serce rośnie.

Zdarza mi się pomyśleć (nie ukrywam), czy to na pewno takie zdrowe, że osoby, które miały przez całą swoją młodość awersję do sportu, nagle wyciskają z siebie siódme poty. Ośmielę się wyrazić opinię, że nieraz są to czynności mocno wykraczające poza zwykłe regularne utrzymanie ciała w ruchu, bo często widzę, że to są czyny wręcz bohaterskie. A znałam już takich bohaterów, którym to się (mówiąc łagodnie) nie przysłużyło. Nie, to nie zazdrość chyba, a raczej wołanie o umiar i zdrowy rozsądek.


Zboczyłam z tematu, wracam więc na niego spiesznie. Moja instruktorka tańca wyjechała, a jej zajęcia tańca solo dawały mi dużo radości. Nie gnębiła za niedociągnięcia, sklerozę, ale robiła zawsze porządną rozgrzewkę, podczas której odkrywałam nieznane mi dotąd partie ciała, puszczała świetną muzykę, poruszała się z wdziękiem, czym dawała bodziec, by samemu tak się właśnie poruszać. To były takie lekcje z gracji, ale kiedy faktycznie grupa opanowywała już ciekawsze układy taneczne, byłam wniebowzięta. Bardzo to lubiłam. Nie polubiłam za to nauczycielskiego tonu chłopaka, który „nastał” po niej, a takie zajęcia muszą sprawiać przyjemność.

Jest jedna taka dyscyplina (choć to zapewne za duże słowo), która daje mi przyjemność, bo nie jest ćwiczeniem samym w sobie, a pozwala łączyć wysiłek fizyczny z wrażeniami wzrokowymi. To chodzenie po górach. Daje przyjemność, cieszy oko, a kiedy wejdzie w krew – ma wpływ także na kondycję. Pomyślałam, że skoro już na tym portalu społecznościowym „istnieję”, to będę nowoczesna i stworzę grupę ludzi, którzy tak jak ja góry lubią, ale nie będą się zabijać, kto pierwszy na szczycie. No i już! Nie zastanawiając się wiele zrobiłam to! Nadałam nazwę, podałam cel i zaprosiłam osoby, które może to zainteresować. Za nami pierwsze wydarzenie. Wzięła w nim udział co prawda tylko moja najbliższa rodzina, ale nie zrażam się. Każda podróż zaczyna się przecież od pierwszego kroku!

Poszliśmy na Trzy Kopce Wiślańskie i zgodnie z opisem powinniśmy byli dotrzeć na nie i wrócić na start w 4,5 godziny. Jeśli napiszę, że nam wędrówka zajęła sześć godzin, informacje o naszej formie nie będą potrzebne. Nic to! Odwiedziliśmy Telesforówkę z przytuliskiem prowadzonym przez zgrany duet. Zjedliśmy pyszny bigos i ciasto drożdżowe z owocami, a nawet kupiliśmy świeży twaróg kozi do domu. Z punktu widokowego na Czuplu (Beskid Śląski, 882 m n.p.m. – piszę szczegóły, bo jest ich kilka w naszych górach) panorama wyglądała tak pięknie, że na chwilę zapomnieliśmy, ile drogi jeszcze przed nami.





Kolejny spacer górski zaplanowaliśmy na minioną niedzielę, ale wtedy deszcz pokrzyżował nam plany. Coś mi jednak mówi, że nadrobimy zaległości już wkrótce, bo Kotarz jest dosyć zachęcająco opisany w kilku sieciowych źródłach. I choć nie zamierzam zmieniać siebie jakoś drastycznie (wolałabym pozostać sobą), to mogę się choć trochę za siebie wziąć. Nie narażając życia oczywiście.


 

niedziela, 13 sierpnia 2017

Ilość lat, czy życia...

O tym, jak piszę notki na bloga – rozmawiałam ostatnio z Tereską, która sporo o mnie wie i która ważnym jest człowiekiem w moim świecie. Że mam tyle różnych tematów do poruszenia, które wychodzą przy okazji jednego wpisu, że robi się on za długi, muszę potem skracać, no bo kto to będzie czytał… No i ona powiedziała mi, że to nieprawda co mówię, że wpis ma być klarowny, ciekawy i krótki, bo ona na przykład miałaby ochotę poczytać więcej. No to zaryzykuję. Zrobię taki test, jak na moich Czytelników działa wypowiedź długa. Zaczynamy. Będzie background – tło wypowiedzi ;)

Mamy dosyć długi staż małżeński, jak na naszą krótką wcześniej znajomość. Pobieraliśmy się mając po 23 lata i równo rok później zostaliśmy rodzicami. Wcześniej spotykaliśmy się rok i był to czas intensywny. Studia łączyliśmy z pracą oraz przyjemnościami. Stąd łatwo obliczyć, że całe nasze wspólne życie to już życie rodzinne. Jak najbardziej świadome, ale przemyślane tak, by o dziecku i dla dziecka i mimo dziecka wszystko było poukładane i żeby miało się ono jak najlepiej. Do niego dostosowane były nasze marzenia wakacyjne, plany na po pracy, a później zmieniło się tylko tyle, że z liczby pojedynczej przeszliśmy na mnogą. Wydaje mi się więc całkiem naturalne, że skoro lubiliśmy jako duet spędzać ze sobą czas, to otwarcie w towarzystwie mówiliśmy o tym, że jak już tylko będziemy mogli zrobić coś tylko dla nas, bo dzieci będą na tyle duże, że wyjadą same na wakacje, to zaczniemy z tego z rozkoszą korzystać. A ponieważ starsze z nich niebawem skończy lat dwadzieścia – nietrudno się domyślić, że coraz częściej nam się to udaje. Udało się i tym razem.

Korzystając z weekendu, kiedy nie byliśmy nikomu niezbędni do szczęścia, kupiliśmy bilety na koncert włoskiej piosenkarki Gianny Nannini i pojechaliśmy do niemieckiego miasteczka Lauchheim. Rozważaliśmy już podobne wydarzenie z tą panią w roli głównej, ale zawsze coś stawało nam na drodze, więc teraz nie wahaliśmy się jakoś długo. Podróż w jedną stronę to osiem godzin. Tak, jak nad morze – mieszkamy przy granicy polsko-czeskiej. Nie takie więc hop siup.

Pogoda była piękna, w sam raz na podróż. Cieplutko, ale w taki miły dla człowieka sposób. Nie gnaliśmy jednak na złamanie karku, a przy wjeździe do Pragi mąż zaproponował przerwę. Skoro czasu mamy dosyć, nikt nie marudzi „daleko jeszcze?”, to może zjemy obiad. Z uwagi na to, że co jakiś czas spędzam w Pradze dzień, dwa – zaproponowałam restaurację poza centrum miasta. Miało to przynajmniej dwie zalety. Nie musieliśmy szukać parkingu gdzieś pośród jednokierunkowych uliczek, a dojechaliśmy niemal pod lokal. Ponadto ceny poza ścisłym centrum bywają zupełnie do przyjęcia. Piszę „bywają”, bo nie jest to reguła. Tym razem jednak tak było.


Lubię to miejsce, bo ma klimat. Nazwa Pět Peněz (pięć pieniędzy – co głupio brzmi) ma brzmieć jak dźwięk, który wydaje przepiórka upominająca się o to, co się jej należy. Wnętrze utrzymane jest w charakterze szkoły/klas. Na ścianach wiszą czarnobiałe zdjęcia, świadectwa, stare tornistry, a menu czytamy z dzienniczków ucznia. Parę lat temu wszystko wyglądało starzej, było bardziej klimatycznie, ale wszystko w końcu kiedyś wymaga odświeżenia, co czasem sprawia, że stare robi się nowsze.

Zdjęć nie robiłam, więc pozwoliłam sobie skorzystać z https://www.menicka.cz



Tego trochę się wystraszyłam, bo przecież mogło się okazać, że to nowy właściciel wprowadził zmiany i co się stało z jedzeniem (?). Na szczęście dla nas, właściciel i menu nie uległy zmianie. Gotują tam naprawdę pysznie i na porcjach nie oszczędzają. Ilekroć tam jestem, zamawiam coś na co mam ochotę – patrzę do talerza sąsiada i już chce mi się spróbować koniecznie właśnie tego, co ma on. Niesamowite uczucie. Nie inaczej było tym razem. Zamówiłam pieczone kawałki piersi z kurczaka pod placuszkami ziemniaczanymi w pomidorowym sosie, które dwa lata temu zamawiała moja sąsiadka. Ale kiedy przed mężem pojawiła się deska z golonką w ciemnym piwie, pomyślałam, że muszę to sobie zapamiętać na przyszłość.

Do celu dojechaliśmy kilka godzin później, zameldowaliśmy się w przytulnym pensjonacie i po dokonaniu niezbędnych zabiegów odświeżających, podążyliśmy na koncert.






Koncert odbywał się na świeżym powietrzu, na dziedzińcu zamku - nazwa pełna Schloss Kapfenburg. Parkingi wokół zamku zapełniały się w szybkim tempie, głównie samochodzikami z rozsuwanym dachem i takimi, którym żandarm w pewnym francuskim serialu jeździł z siostrą przełożoną. Był to ostatni dzień festiwalu, który się wtedy na zamku odbywał i w mig mogliśmy się zorientować, że tym wydarzeniem żyje tam większość miejscowej i nie tylko ludności.





Dziedziniec był pełen, miejsca siedzące i stojące też, choć tak naprawdę nie te miejsca miały znaczenie, a klimat. Mur, kocie łby, świece płonące zamiast lamp. Stroje dowolne, na ogół ze swetrem albo kurtką w bardzo podręcznym bagażu, bo w końcu wieczory bywają różne.



Gianna wyszła bez opóźnienia, z chórkiem, orkiestrą - została przywitana tak jak u nas powiedzmy Maryla Rodowicz, choć gatunkowo bliżej jej do Małgorzaty Ostrowskiej. A pamiętajmy, że to nie była Niemka, a my nie byliśmy we Włoszech. Dziwi mnie trochę, że u nas nie jest znana. My znamy ją z reklamy Fiata Bravo sprzed kilku lat. Kobieta ma 61 lat, głos z chrypką i wiele hitów na swoim koncie. Przy okazji warto dodać, że nie jest to typ diwy, raczej sportowy, niekobiecy kompletnie i co najważniejsze, w pełni akceptowalny przez tłumy i akceptujący siebie.



Koncert był piękny, dwugodzinny. Artystka w ogóle się nie oszczędzała, zaśpiewała wszystko, czego chciałabym posłuchać i jeszcze więcej. Bisowała, chwaliła swoją ekipę, ale i widownię. Włoski jest językiem do śpiewania, ale to nie znaczy, że wszyscy go znają. Tu śpiewała większość.

Było zupełnie ciemno, kiedy koncert dobiegł końca. Świece pięknie płonęły, publika spokojnie kocimi łbami wychodziła za bramy zamku i zadziwiająco szybko i sprawnie auta rozjechały się każde w swoją stronę.



Pięknie nam było. Romantycznie i trochę randkowo. Bardzo lubię z takich możliwości korzystać. Do domu ruszyliśmy nazajutrz po śniadaniu. Pstryknęłam kilka fotek w hotelowej restauracyjce.



I choć w drodze powrotnej także stołowaliśmy się w Pradze, to jednak za dużo czasu i uwagi temu nie poświęcę. Bo choć knajpa była włoska i nowoczesna, a nadal poza ścisłym centrum, to jednak mogę ją ocenić tylko w kategorii ciekawostki. Ładnie, mało i zdecydowanie za drogo. To reklamy robić nie będę.

Choć fizycznie był to weekend dosyć wyczerpujący, a finansowo raczej nietani – powtórzyłabym go bez wahania. Żyje się raz, nie wiadomo, ile takich jeszcze atrakcji przed nami. A przecież, jak powiedział pewien mądry człowiek: nie o ilość lat w życiu chodzi, a o ilość życia w tych latach  : )


PS. Mam nadzieję, że Tereska będzie zadowolona. Nie napisze komentarza, ona jest „czytająca”. Mam nadzieję jednak, że tym nietypowym co do długości opisem nie zanudziłam osób, które czytają, ale też komentują : ) Stawię czoła tym opiniom. Obiecuję.

wrzucam jeszcze filmik z koncertu Gianny Nannini w Hiszpanii. Tu z Laurą Pausini. Uwielbiam koncerty, tu pięknie widać kontakt z publicznością. Mam nadzieję, że się Wam spodoba:

sobota, 5 sierpnia 2017

Banalnie i bez zaskoczenia

Siedzę na tarasie z kubkiem soku z grejpfruta. Niedawno zjedliśmy obiad, ja puściłam kolejną, ostatnią pralkę na dziś, a mąż kosi piękną nową trawkę, która rośnie jak głupia, a słońce praży, więc z męża się leje. Jesteśmy sami, więc robimy to, co które uważa za słuszne. W tle leci Phil Collins „A groovy kind of love”, ale z powodu kosiarki niemal go nie słyszę. Uśmiecham się w duchu, bo dobrze wiedziałam, że tak będzie, a jednak sobie włączyłam.



Dzieci są poza domem, ale jakby były na miejscu. Córka z obozu pisze, że kasa jej się kończy, a syn, że dzisiaj wraca, choć miał wrócić dopiero we środę  - co też jest normą. Nigdy nie wiemy skąd przyjdzie zaskoczenie. Taki element codzienności.



Pamiętam, temat na dziś to „najszczęśliwszy dzień w moim życiu”. Otóż, nie ma takiego jednego. Przybywa ich z każdym tygodniem, rokiem, zakrętem. A kiedy zaczęłam zastanawiać się nad „owym”, pokazywał mi się kadr za kadrem momentów, które wywoływały uśmiech na twarzy. Wiele sytuacji, miejsc i wydarzeń mogłoby walczyć o to jakże zaszczytne miano, bo my dbamy o urozmaicenia. Tak się jednak składa, że na tych obrazkach w mojej głowie, na pierwszym planie z reguły stoi stół (dowolny, bo i miejsca różne), a wokół niego my. Nasza czwórka, która robi coś razem. Na ogół albo jemy, albo gramy w jakąś planszówkę gadając bez przerwy, albo pogryzamy coś niezdrowego i słuchamy muzyki, czy oglądamy film, albo zdjęcia. Albo któreś właśnie wróciło i opowiada niedawno przeżytą historię. Te momenty, pełne uśmiechu wyłapuję bezbłędnie.


To obrazki codzienne, ale i wakacyjne – nie ma tu reguły. Jest ich wiele, ale wiem, że nie zawsze tak będzie. Na chwilę wtedy przestaję się uśmiechać i nie wstaję po aparat, by je uwiecznić, bo wiem, że wtedy czar pryśnie. Pozwalam tej chwili trwać, mając świadomość, że nie jest wieczna. Zawsze wtedy, kiedy widzę te bliskie sercu uśmiechnięte twarze i w kącikach oczu pojawia mi się pewien znajomy płyn, to jest właśnie TEN najpiękniejszy dzień w moim życiu.